poniedziałek, 23 grudnia 2013

Krótkie sprawozdanie z Iranu.

No w końcu zabrałam się za aktualizację bloga. Po powrocie tyle się działo, że nie miałam głowy żeby to ogarnąć, no ale dziś po wynudzeniu się przez cały dzień postanowiłam się za to w końcu zabrać.
Z Iranu wróciłam...było inaczej niż zwykle, nie miałam jakiś wybuchów entuzjazmu (no może oprócz pustyni, która zachwyca mnie zawsze!), czułam się trochę przytłoczona tymi wszystkimi zakazami (głównie chustą na głowie). Ludzie rzeczywiście mega komunikatywni!!! Nawet Ci nie mówiący po angielsku na siłę próbowali się z nami porozumieć chociażby dzwoniąc do kogoś znajomego, który mówił...
Sytuacja z życia wzięta:
Stoimy na ulicy, bo nie wiemy gdzie mamy iść, nie wiemy jak się nazywa ulica, na której stoimy...podchodzi dziewczyna i coś mówi...potem dzwoni do kogoś, daje nam telefon, a tam jakaś inna dziewczyna się pyta gdzie chcemy iść i gdzie jesteśmy itd...i weź tu człowieku bądź mądry, wytłumacz najpierw gdzie jesteś (chociaż nie masz o tym pojęcia), potem powiedz gdzie chcesz iść i potem jeszcze idź w stronę, którą podpowiada Ci dziewczyna z telefonu, chociaż zupełnie Cię nie widzi i nie wie, czy rzeczywiście idziesz w dobrą stronę, czy też nie i nie jest do końca przekonana o tym, że akurat chcesz iść tam gdzie chcesz, tłumaczysz jej, że nie jest w stanie Ci pomóc i się rozłączasz grzecznie, ta która stoi koło Ciebie znów widzi, że nie wiesz gdzie iść więc znów dzwoni, tamta z telefonu znów tłumaczy, ty znów mówisz, że dziękujesz za pomoc, ale na prawdę sama sobie poradzisz, rozłączasz się a ta znów dzwoni i znów daje ci ten telefon więc już cię powoli trafia z tej grzeczności szlag i mówisz "FENK JU", rozłączasz się i spierniczasz czym prędzej udając, że już wszystko wiesz...
Jedziesz w metrze:
Uśmiechniesz się, chociażby przypadkiem, od tak sobie...a tu nagle wszystkie kobiety się do ciebie uśmiechają i pyyyyyyyyyyyyyyyyyyytają, prowadzą za rękę, odprowadzają prawie pod sam dom...
Stoisz pod meczetem:
Podchodzi jakiś gość, coś mówi, potem znika i pojawia się z herbatą i jedzeniem.
Siedzisz sobie na murku, bo akurat masz ochotę odpocząć:
Podchodzi do Ciebie grupa małolatów i gada, gada, gada, pyta, pyta, pyta, a ty siedzisz i zastanawiasz się jak tu w miarę miło wstać, odwrócić się i uciec czym prędzej.
Oczywiście jest to bardzo miłe, ale przez pierwsze 3 dni, potem zaczyna Cię to wkurzać i męczyć i masz już tych wszystkich ludzi dosyć i szukasz odludzia gdzieś na pustyni albo w górach. Ja tak miałam, Marta wręcz przeciwnie. Była w swoim żywiole, z każdym gadała o tym samym, bo każdy pytał skąd jesteśmy, dlaczego przyjechaliśmy do Iranu itd...Co ciekawe Irańczycy bardzo dużo wiedzą o Polsce! Historię mają w małym palcu!

Poznaliśmy też mnóstwo fajnych ludzi z Couch Surfingu:
Number one to Alki - czyli Ali i Ali. Chłopaki z Teheranu, z którymi pojechałyśmy na pustynię, a potem w góry. Bardzo dużo nam pomogli, zaopiekowali się i na prawdę czułyśmy się z nimi bardzo dobrze! Alek 1 miał podobny światopogląd dotyczący spotykania nowych ludzi więc fajnie było sobie z tego pożartować :) Marta była lekko zszokowana naszą postawą, ale potem sama zaczęła się z tego śmiać :)
Number two to Farid. Również z Teheranu. Człowiek o złotym sercu, który przyjął nas w mieszkaniu, z którego się przeprowadzał wraz z rodziną. Odebrał nas o 5 rano, oddał swoją sypialnię i starał się z nami komunikować chociaż jego angielski był niestety bardzo kiepski.
Number three Morteza z Shirazu - tak zwany Pan Nauczyciel, Yes Sir itd :) Na początku zrobił na naas średnie wrażenie, ale zyskał z czasem...jak zaczęłam mu opowiadać o moim chomiku, całkiem dobrze zaczęliśmy się komunikować :)
Number five Jennifer i Ana. Jedna z USA, druga z Brazyli. Spotkałyśmy dziewczyny u Mortezy. Mieszkaliśmy sobie przez 2 dni razem.

Jeśli miałabym zrobić ranking tego co mi się podobało, to:
1. Pustynia
2. Góry
3. Persepolis
4. Cała reszta

Obiad na lotnisku w Istambule.

Teheran: zdjęcie z Faridem pierwszego dnia pobytu, metro z wagonem tylko dla kobiet i ambasada USA.

Uwaga na czadory! Japonki spotkane w muzeum pokoju w Teheranie i najbardziej interesujący eksponat w Muzeum Narodowym w Teheranie, czyli zasolona głowa człowieka w słoiku :)

Pałac Golestan w Teheranie.

W drodze na pustynię!

Samochód się nam zakopał, noc na pustyni zaliczona, wschód słońca jak zwykle przespałam :)


Stary karawanseraj.

Śniadanie w Yazd.

Obrazki z Yazd.

Yazd

Esfahan, jak dla mnie najładniejsze miasto w Iranie.

Parking motocyklowy i pałace w Esfahanie.

Esfahan słynie z mostów...niestety "wyłączyli" rzekę.


Persepolis

Couch Surfing jest najlepszy na świecie! Zdjęcie u Mortezy z Jennifer i Aną.

Bazary są wszędzie...Obrazy-dywany, bicze, głowa konia...

Marta i jej chustkowe fantazje :)

Z Alkiem w górach odpoczywamy od ludzi :)

3 tys. npm, rozkładamy namiot na szczycie, zasypał nas śnieg, przeżyliśmy noc!!!

Następnego dnia na szlaku i w schronisku :)

Kolejny dzień w górach z super słonkiem!


Koledzy ze schroniska, lody na zakończenie wspinaczki, ja z Alkiem w autobusie.

Śniadanie mistrzów przygotowane przez Kubę :) 6 rano w Polsce!
Iran polecam, ale drugi raz bym nie wróciła. Jednak nie ma to jak Afryka...tam mnie ciągnie i ciągnie więc przyszły listopad to Tanzania i Zanzibar. Zrobiłam już mały rekonesans lotów i wiem czego szukam i gdzie to znajdę :) JUHU! No a teraz czekam na Izrael w marcu i Włochy we wrześniu!

sobota, 2 listopada 2013

IRAN

No w końcu wyjeżdżam! Dziś o 23:00 śmigamy pięknym Polskim Busem do Berlina, a jutro o 14:00 wylatujemy do Iranu. Jak sobie pomyślę, ze spędzimy 2 noce w środkach transportu (najpierw autokar a potem samolot), to trochę mi się odechciewa jechać, ale co tam.
Wszystko już spakowane, plecak na spokojnie pomieścił namiot, matę, śpiwór, masę ciuchów, buty i milion innych pierdół także już nie ma odwrotu i żadnych wymówek żeby nie pojechać!
Brakuje tylko kanapek na drogę :)

No to znikam! Wracam 17 listopada. Nie będę tęskniła :)

PA!

piątek, 18 października 2013

Iran, Iran, Iran...

Przygotowania idą już pełną parą. Czytamy, oglądamy, spotykamy się, rozmawiamy, myślimy, śnimy i biegamy (to znaczy ja biegam, bo Marta nie znosi nawet podbiec do autobusu...)
Podzieliłyśmy się miastami żeby każda miała jasno określony cel pracy przedwyjazdowej. Ja wybrałam Isfahan i Shiraz, Marta Teheran i Yazd. Jakoś nie mogłam się ostatnio zabrać za opracowywanie tego wszystkiego i tak marudziłam Kubie, że postanowił mi pomóc...a właściwie odwalić za mną całą robotę! Stworzył mini przewodnik do Isfahanie! Z meczetami, z mapkami, opisami, historią! Kuba, na prawdę baaaaaardzo Ci dziękuję:*
Zrobiłam też już zakupy wyjazdowe, brakuje tylko jakiś drobnostek...w każdym razie mam nowe buty, nakładki antypoślizgowe na śnieg w górach, poduszkę rogala do spędzania nocy w autokarach, nową matę samopompującą i zdjęcia do wizy. Zdjęcie wywołało niezłe zamieszanie, jak pokazałam je mojemu Prezesowi...o mało nie umarł chłopaczyna ze śmiechu!!! Brakuje mi tylko koszul za tyłek i z długi rękawem...ale mam nadzieję, że da się to jeszcze jakoś załatwić. Skoro zdjęcie jest takie śmieszne, postanowiłam się tu nim podzielić :)

czwartek, 10 października 2013

Changes...

Ostatnio wszystko się zmienia.

-Zbora, jak idzie to przysłowie łacińskie...że wszystko płynie...?
-Panta rhei.
-A...no tak.

No to tak z grubsza podsumowuje co się dzieje w moim życiu.
  • Zwolnili mnie z pracy...przyjęli mnie z powrotem
  • Wróciła Asia
  • Okazało się, że Hammid ma 2 dzieci i żonę ;) /Zbora...love you!
  • Czytam ABC Leasingu i nawet mnie to interesuje!
  • Nie możemy znaleźć coucha w Shirazie i Isfahanie /dziwne!!!
  • Biegłam w Biegnij Warszawo i pobiłam swój rekord: 1:01:36 potem znów nie mogłam chodzić przez kolano
  • Obejrzałam w kinie super film!
  • No i jest jeszcze coś...! Ale o tym pisać nie ma co ;)

niedziela, 22 września 2013

Wroć do Wisły pięknej Wisły... :)

Właśnie wróciłam z Wisły. Nie ma to jak jechać w sprawdzone miejsce gdzie na pewno człowiek będzie się czuł dobrze, gdzie zawsze wszystko jest ok, zawsze jest pogoda, bo do chodzenia po górach nie musi być jakaś nadzwyczajna i ogólnie gdzie można się zrelaksować i zapomnieć o całym tygodniu. Pogoda rzeczywiście była super! Nie padało, momentami wychodziło słońce i aż chciało się chodzić po górach. Tym razem wyjazd był typowo rodzinny i z babcią więc jakiś super tras nie zaliczyliśmy, ale za to napaliliśmy się na porządny górski weekend w październiku. Już ie mogę się doczekać!

"Wróci z lata wspomnień parę, 
gdy przy ogniu bedziesz zimne dłonie grzał.
Czasem pamięć sięgnie trochę dalej...do przyjaciół...
przecież paru jeszcze masz!"

Irańskie przedpodróżowe napalenie.

Ostatnio znów potwierdziła się teoria babci Justy z którą pracuję żeby liczyć na siebie jak się nie chce człowiek przeliczyć. Weekend z Fainanem był fatalny! Jedyna fajna rzecz, która mnie spotkała to Gdańsk i Hel. Dawno nie byłam nad morzem, bo kto mnie zna ten wie, że nie mam szczęścia do pogody szczególnie właśnie na naszym wybrzeżu. Do końca życia nie zapomnę jak z Atomówkami pojechałyśmy na tydzień do Jastrzębiej Góry pod namiot i wróciłyśmy po trzech dniach, bo tak lało, że wszystko miałyśmy mokre, byłyśmy wściekłe i generalnie nie było co robić. No bo jak pada nad morzem, to co tu robić?! Idzie zwariować! W górach bierzesz plecak na plecy i idziesz tak czy siak, a nad morzem…looooosie. No w każdym razie bardzo mi się podobało na Helu.

Chyba przede wszystkim ze względu na to, że jest już poza sezonem i totalnie nie było ludzi, za to był las i pusta plaża i super słoneczko i buty do biegania też były…szkoda tylko, że towarzystwo nie wypaliło…bo Fainan na prawdę doprowadzał mnie do szału. No ale nic to, niech sobie chłopak żyje w spokoju w Tel Avivie w swojej komunie (sam tak to nazywa), niech robi ogród na dachu i cieszy się słońcem.
No to o weekendzie tyle, a co do przyszłości. Znów natknęłam się na jakiś dziwny wpis na forum internetowym o Iranie:
„Obywatele polscy udający się do Iranu na podstawie zwykłych paszportów w celach turystycznych mogą ubiegać się o wizy (maksymalny czas pobytu – 14 dni) także na lotniskach międzynarodowych: Teheran - Imam Khomeini, Teheran - Mehrabad, Sziraz, Tebriz, Meszhed. Dokumenty niezbędne do uzyskania wizy na lotnisku: paszport ważny co najmniej przez 6 miesięcy od daty przylotu do Iranu, powrotny bilet lotniczy, jedno zdjęcie paszportowe. Ze względu na brak gwarancji uzyskania wizy w tej procedurze oraz możliwe problemy na europejskich lotniskach (pasażerowie podróżujący do Iranu bez wizy mogą zostać niewpuszczeni na pokład samolotu) Ambasada RP w Teheranie odradza stosowanie tej procedury. Nie ma możliwości uzyskania wizy na lądowych i morskich przejściach granicznych”.

Pierwsze co mi przyszło do głowy po przeczytaniu tego 2 razy to: WHAT THE FUCK?! I od razu przesłałam go Marcie…Marta na to: Ok., załatwiamy w ambasadzie. No ale przecież ja wcześniej dzwoniłam do ambasady i o  to pytałam. Pani mi potwierdziła wersję, że na luzie można to załatwić na lotnisku. No więc dzwonię tam po raz kolejny żeby nie było, że coś pokręciłam, dzięki Bogu Pani znów potwierdziła i zapewniła, że w jej karierze nie spotkała się z odmową na lotnisku jeśli turysta spełniał wszystkie wymagania (swoja drogą ciekawe jak długo trwa kariera tej Pani). No to mnie uspokoiło, Marta raz jeszcze zapytała, czy oby na pewno nie mam wizy Izraelskiej w paszporcie, ja znów się chwilę zastanowiłam, upewniłam, że nie mam i już. Zdjęcia musimy zrobić w 2 wersjach: jedno standardowe, a drugie w chustce na głowie co by się panowie stemplujący wizy nie zgorszyli, oj nie, nie!
Już naprawdę chce mi się jechać! Znów czuję stan „napalenia”!!! A tu jeszcze 6 tygodni!
Posprawdzałam też pogodę na listopad i lekko się zdziwiłam…


Rozumiem, że są to temperatury średnie…namieszało mi to trochę w głowie, bo w tej chwili totalnie nie wiem co spakować. Na pewno wszystko w wersji „długiej” tzn. długie spodnie, długie rękawy…no ale co do grubości, to nie mam pojęcia.

Żeby tego wszystkiego było mało, to wczoraj zrobiłam usg kolana i mam za dużo jakiegoś tam płynu, coś tam źle przy więzadle bocznym i „szkoda by było takiej ładnej nogi żeby ją kroić w przyszłości” więc żeby tego uniknąć dostałam zakaz biegania przez 2 tygodnie. „ŚWIETNIE”. A nowe buty czekają na mnie w szafie. Niech no tylko zrobi się ładniejsza pogoda…

wtorek, 20 sierpnia 2013

TRIP: Monachium-Fraiburg-Seebrug-St.Blasien-Fraiburg-Monachium 15-18.08.2013



Plany planami, a w podróży jak zwykle życie toczy się własnym torem. Wczoraj rano wróciłyśmy z naszej niemieckiej wyprawy…i jestem nią na prawdę zachwycona, ale od początku…
Po przejściach z Iliasem, który najpierw sprzedał samochód, a potem okazało się, że jedzie na szkolenie do Frankfurtu musiałam przebookowywać nasze bilety do Freiburgu 2 razy i w sumie bardzo fajnie się wszystko udało. W środę o 20:00 wsiadłyśmy ze Zborką w autobus do Monachium. Już na wstępie wyszła KASZANA, bo luksusowy autokar, który miał nas zawieźć do samego Monachium okazał się być starym grzmotem i wcale nie jadącym do Monachium, ale do Pragi Czeskiej, w której miałyśmy się przesiąść w inny autokar – już docelowy. Dzięki Bogu w starym grzmocie nie wszystko było takie do końca złe. Panowie kierowcy od początku bardzo polubili Zborkę, która to wywalczyła u nich miejsce z przodu i w ten sposób miałyśmy dla siebie po 2 siedzenia, co dla mnie równało się z przespaną nocą w pozycji kulki zawiniętej w śpiwór, a dla niej z szybciej płynącym czasem, bo widziała drogę. Już na samym początku w autokarze zaznajomiłam się, jak to na mnie przystało z pewnym chłopakiem (no bardziej dorosłym facetem, bo wyglądał na jakieś 30 parę lat), który był Hiszpanem mieszkającym w Berlinie i podróżującym po Europie ze swoją mamą. Manuel okazał się bardzo gadatliwym gościem i o wszystko pytał…chyba poznał cały mój życiorys bez zagłębiania się w szczegóły co prawda, ale z grubsza chłopak ogarnął co i jak. Oczywiście na koniec zapytał o maila i FB no i ma mnie znaleźć i dalej toczyć swój wywiad ze mną w roli głównej, tylko tym razem już wirtualnie. Jak do tej pory jeszcze mnie nie znalazł więc może w ferworze jazdy tym wspaniałym pojazdem skasował wiadomość, którą sobie zapisał w telefonie albo co…cholera wie! Jego strata, że tak powiem ;) Chociaż wizja kolejnej osoby mieszkającej w Berlinie bardzo by mi pasowała, bo byłoby się u kogo zatrzymać w razie co…
Po przyjeździe do Pragi miałyśmy ok. 1 godziny i przesiadałyśmy się do kolejnego autokaru…wypasionego jak nie wiem co, klasa VIP tym razem! Naprawdę na tyle autokarów ile w życiu widziałam (a widziałam sporo) ten był najlepszy! Drewniana podłoga (albo przynajmniej przypominająca ciemne drewno), każdy miał swoje radyjko wbudowane w siedzenie, butelka wody, ciasteczka, telewizory wysuwane z sufitu…naprawdę pełen luksus! W takim oto luksusie przejechałyśmy kolejne 5 godzin aż do dworca w Monachium. Tam odebrał nas Ilias, który oczywiście jak na prawdziwego faceta przystało najpierw się spóźnił tłumacząc, że spał tylko 3 godziny, bo wrócił z imprezy o 7 rano, a potem zaproponował, że weźmie mój plecak…biedny nie zdawał sobie sprawy jaki jest ciężki, ale co ja go będę ostrzegała? Chcesz, to bierz i tyle…troszkę się chłopaczyna zdziwił podnosząc go i za każdym razem jak tylko miał okazję zrzucał go z pleców żeby trochę odżyć i odzyskać przepływ krwi w ramionach ;) Dotarliśmy do mieszkania, wzięłyśmy prysznic, Ili pamiętał, że piję herbatę więc po wyjściu z łazienki już na mnie czekała (on pije herbatę tylko jak jest chory, czego dowiedziałam się jak byliśmy razem w Berlinie), zjedliśmy pizzę i zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego Ilias nie ma w mieszkaniu lusterka?! Przecież to jest taki potrzebny sprzęt, a małe lusterko łazienkowe, to nie to samo, co lustro, w którym można się przejrzeć…no i temat lustra w domu utrzymywał się dosyć długo… Po pizzy poszliśmy na spacer do Centrum, oczywiście zaliczyliśmy wszystkie stałe punkty zwiedzania, a jak już stwierdziłyśmy ze Zborą, że czas się położyć i odpocząć zaczęłam atakować Iliasa pytaniami „gdzie jest park?” i „gdzie jest park?” i „daleko do parku?” itd. aż w końcu dał za wygraną i zaprowadził nas do parku angielskiego z piękna zieloniutką traweczką, która tylko czekała na to żeby się na niej położyć. 

Oczywiście żeby za daleko nie chodzić postanowiłam wybrać miejsce naszego spoczynku na trawie i upatrzyłam sobie punkt, który moim zdaniem był idealny…Ilias nic nie mówił tylko grzecznie szedł za mną po czym jak już stanęłam w miejscu gdzie chciałam usiąść coś burknął pod nosem po niemiecku, czego zupełnie nie zrozumiałam więc spytałam „WHAT?” on znów coś burknął, po czym ja znów spytałam „WHAT?” i wtedy powiedział już po angielsku zniżając głos „NAKED”…co znaczy po angielsku „goły”…trochę wydało mi się to dziwne, rozejrzałam się dookoła i dopiero wtedy zauważyłam, ze znajdujemy się dokładnie w samym środku placu, na którym siedzieli, leżeli i bawili się golasy! Głównie faceci i głównie po 40 więc widok ani nie był fajny ani tym bardziej nie chciało się do nich dołączyć, a wręcz przeciwnie jak najszybciej stamtąd uciec. Ilias widząc, że jednak nie jestem odpowiednią osobą do znajdowania miejsca do siedzenia postanowił wziąć to na siebie i przeprowadził nas przez to „gołe pole” do normalnych ludzi siedzących w środku miasta w parku w ubraniu! Podrzemałyśmy troszkę, Ili podzwonił do jakiś ludzi w sprawie fabryki, którą chce zbudować, a potem wstaliśmy, poszliśmy na lody i do domu żeby przebrać się na wieczór, bo mięliśmy w planach trochę poszaleć. 

Wychodząc z domu Ili zabrał do wyrzucenia śmieci, które skrzętnie segreguje (wszystko wrzuca do jednego kosza, a papier do drugiego…), my czekałyśmy przy windzie aż tu nagle przybiega do nas i mówi, że musi nam coś pokazać! Więc ruszyłyśmy za nim… przy kontenerze stało wielkie lustro! Po fali śmiechu Ilias postanowił, że takie lustro nie może się zmarnować i że taki zbieg okoliczności trzeba wykorzystać i zabrał lustro do domu żeby już nikt go nie pytał dlaczego nie ma w mieszkaniu lusterka. Pojechaliśmy sobie metrem na Sommerfestival, który okazał się wesołym miasteczkiem jak z amerykańskich filmów, nie było za ciekawie, poza tym mnie rozbolała głowa, Zborkę również więc ok. 23:00 postanowiliśmy, że wracamy do domu spać i tyle z imprezy. Docierając do domu byliśmy tak padnięci, że nawet nie chciało nam się nadmuchiwać materaca i spaliśmy całą trójką w jednym łóżku aż do pogańskiej godziny 5:10 o której musiałyśmy wstać żeby zdążyć na autobus do Fraiburga.

Podróż mi upłynęła śpiąco, Zborce widokowo. Plecaki nam ciążyły więc od razu po wyjściu z autokaru udałyśmy się do informacji, gdzie Pan nam zakomunikował, że pociąg do Seebrugu (do którego musiałyśmy dojechać żeby dostać się do St.Blasien, w którym mieszka Owca) odjeżdża za 5 min i żeby się spieszyć więc jak wielbłądy biegnąc na 7 peron wskoczyłyśmy do pociągu. Byłyśmy głodne jak wilki, bo o 5 rano nie chciało nam się totalnie jeść więc jak tylko zajęłyśmy miejsca, zaczęłyśmy zjadać nasze kabanosy. Do Seebrugu dojechałyśmy przed 13:00 i było tak upalnie, że jedyne na co miałyśmy ochotę, to wykąpać się w jeziorze. No i „mówisz-masz”! Wysiadamy na stacji, a tam jezioro, plaża, restauracja, lody i cała ta wakacyjna otoczka. Ponieważ Owca pracowała do 15:00 postanowiłyśmy skorzystać z jeziorka i 2,5 godziny pobyczyć się na plaży! To było to czego nam było trzeba! Super pogoda, czyściutkie jezioro, góry dookoła i luuuuuz.  


Czas szybko płynął i trzeba było znów zwijać manaty i pakować się do autobusu do St. Blasien gdzie miała na nas czekać Owieczka. Autobus się spóźniał i spóźniał i spóźniał…a potem okazało się, że Pan kierowca wcale nie mówi po angielsku więc już szykowałam swoją wyuczoną formułkę po niemiecku kiedy Pan zapytał, czy mówimy może po polsku? No i tak oto porozmawiałyśmy sobie z Panem, oczywiście marudzącym jak to w Polsce jest źle i jak to w Niemczech cudownie i takie tam inne pierdoły…Droga była krótka i szybko ujrzałyśmy Owieczkę siedzącą na dworcu w St. Blasien! Radość była wielka przede wszystkim dlatego, że w końcu się dotarabaniłyśmy, że Owca żyje i ma się dobrze i w końcu dlatego, że będę mogła jej oddać ¾ mojego plecaka! Czas w St. Blasien spędziliśmy wszyscy (ja, Owca, Zborka i Wiktor-chłopak, który pracuje w tej samej klinice co Owca) bardzo przyjemnie! Najpierw jedząc kolację, podtrzymując naszą polska tradycję z Żubróweczką, a potem zwiedzając sobie wieczorem miasteczko. Była kupa śmiechu i naprawdę fajnie nam się spędzało razem czas. Wiktor, który na początku był nieco skrepowany później okazał się być super gościem, który ma milion fajnych pomysłów i jest momentami mega śmieszny! 


Następnego dnia rano zrobiliśmy sobie wycieczkę w góry-wykąpać się w wodospadach i pooglądać trochę przyrodę, bo w Schwarzwaldzie jest naprawdę pięknie! Wycieczka zaczęła się od wizyty w sklepie, bo Wiktor przypomniał sobie, że koniecznie musimy spróbować tutejszego specjału w postaci wódki z gruszką w środku butelki. Zatem wyposażając nas w taką butelkę i opowiadając jak ta gruszka w butelce rośnie, wybraliśmy się na szlak i zgodnie z polska przyśpiewką „a teraz idziemy na jednego”, którą zawsze zapodawała Owca robiliśmy sobie przystanki podziwiając przyrodę i kosztując Schwarzwaldski gruszkowy trunek o imieniu Williams. Zaliczyliśmy tez najwyższy szczyt Schwarzwaldu – Feldberg w japonkach, wjechaliśmy windą na taras widokowy i wracając w kierunku kliniki podziwialiśmy górskie jezioro, które kusiło nas żeby do niego wskoczyć. Wiktor zaproponował nam, że odwiezie nas do Fraiburga wiec odpadła nam podróż autobusem i pociągiem, która pewnie po takim dniu byłaby dla nas męczarnią. 

Czas tak szybko płynął, że nie zdążyłam się nacieszyć ani Owieczką ani Schwarzwaldem ani gruszkowym trunkiem, a już trzeba było się pakować i zmierzać do Fraiburga. Jechaliśmy sobie i jechaliśmy…potem staliśmy w korku, ja miałam już ochotę wyjść z samochodu z beasbollem, który nie wiadomo skąd był u Wiktora w samochodzie i zrobić z tym korkiem porządek, Wiktor miał ochotę podjechać trochę zamkniętym pasem ruchu, Owca miała ochotę w końcu wykąpać się w jeziorze, a Zborka właściwie nie wiadomo na co miała ochotę oprócz tego, że ciągle powtarzała, że ten korek da się ominąć górą, bo tak zrobił Pan kierowca autobusu, którym wcześniej jechałyśmy…tak nam minął czas w korku…potem dojechaliśmy na dworzec, pożegnaliśmy się i parami udaliśmy się każde w swoja stronę – my na ławkę i lody czekając na naszego Couch Surfera, a Owca z Wiktorem na zakupy do Lidla.
Victor –  Couch Surfer, który gościł nas u siebie w mieszkaniu okazał się mega sympatycznym gościem pochodzącym z Chile. Uczy we Fraiburgu WF-u i generalnie mówił, że bardzo mu się Niemcy jako kraj podobają. Mieszkał w 3 pokojowym mieszkaniu ze swoim kolegą z Ekwadoru, który miał bzika na punkcie Che Guevary i totalnie nie mówił po angielsku, ale za to miło się uśmiechał J Wypiłyśmy z chłopakami piwko, poszłyśmy pod prysznic i położyłyśmy się grzecznie spać mając w głowie wizję porannego wstawania żeby zdążyć na autobus do Monachium. Oczywiście rano wstałyśmy, na autobus zdążyłyśmy i podziwiając po raz ostatni tego wyjazdu widoki zmierzałyśmy do Monachium…na miejscu miałyśmy jeszcze 2 godzinki na pochodzenie po mieście, zjedzenie lodów (to już stał się rytuał), zrobienie zdjęć i małych zakupów jedzeniowych na drogę i o 17:00 wsiadłyśmy w autokar do Pragi. Smutno było wyjeżdżać…no ale takie życie. Droga przebiegała w miarę spokojnie aż do pewnego momentu kiedy około 60km przed Pragą zaczął się korek-gigant. Mając tylko 2 godziny do odjazdu autobusu do Warszawy zaczęłyśmy mieć lekkiego stresa…nie było najmniejszych szans na to żeby dojechać na czas! Jak stanęłyśmy tak staliśmy i staliśmy i staliśmy…Ja już kombinowałam inny dojazd do domu, jakiś pociąg albo co, Zbora klęła pod nosem, że z Czechami to tak jest i że chyba przestanie ich lubić, ja walczyłam z wifi w telefonie, a potem zaczynałam sobie przypominać, czy aby nikogo w Pradze nie znam…i tak oto w ferworze naszego stresowania się i wizji spędzenia nocy na dworcu, dojechaliśmy na miejsce 3 minuty po czasie. Dzięki Bogu autokar do Warszawy jeszcze stał więc ja szybko pobiegłam go zatrzymać, a Zbora pchała się ile wlezie po nasze plecaki. Oczywiście żeby nie było za pięknie autokar znów okazał się być starym grzmotem i tak oto zatoczyłyśmy koło trafiając na tych samych kierowców i ten sam autokar a nawet te same miejsca siedzące!
Do Warszawy dojechaliśmy na 8:00 rano i już wtedy wiedziałam, że do pracy, to raczej nie dotrę…dotarłam za to do domu, wzięłam prysznic i położyłam się spać…
Wyjazd był niesamowicie udany! Nawet w 1 % nie spodziewałam się, ze będzie tak fajnie! Już chciałabym pojechać jeszcze raz. 27 września zaczyna się Octoberfest…może to jakiś pomysł? Tęskni mi się tylko za Owieczką…no ale w końcu nie mieszka na końcu świata i jak już będę milionerką, to będę sobie do niej latała co weekend…na gruszeczkę;)
Teraz żyję jeszcze zdjęciami z wyjazdu…pewnie niedługo jak zawsze mi przejdzie i wkręcę się w Iran, bo to już za 2 miesiące! 
        

poniedziałek, 29 lipca 2013

Autokarowy świat.

Moja babcia kiedyś mi "wywróżyła" przyszłość. Wróciła z wycieczki objazdowej po Włoszech i powiedziała: "Mogłabyś sobie tak jeździć autobusami". Co oznaczało: "Pilot wycieczek to fajny zawód". No i tak się poskładało, że zostałam pilotem, najeździłam się autokarami i to dosyć sporo...bo 3 lata wahadeł do Bułgarii robią swoje...i nie wiem jak to jest, że teraz ciągle trafiam na jakieś promocyjne przejazdy autokarowe, które mnie kuszą i pakuję się do tego jeżdżącego pudełka, a potem zawsze sobie powtarzam "nigdy więcej" i mija jakiś czas i znów to samo...no i tak właśnie wyjaśniła się sprawa dojazdu z Monachium do Freiburgu do Owcy. Kupimy przejazd autokarowy...to "tylko" 4,5 godziny w jedną stronę. Jedziemy w sobote rano, a w sobotę po południu wracamy...no chyba, że znajdzie się ktoś miły z Couch Surfingu i będzie chciał nas przygarnąć na noc, wtedy zostaniemy do niedzieli rano. No i problem został rozwiązany...chociaż nie mogę powiedzieć, że była to łatwa sprawa.
Spotkałam sie też z Martą, bo w końcu wróciła...po 6 tygodniach urlopu spędzonego na Bałkanach! No i to zmobilizowało mnie do kupna biletów do Berlina na naszą listopadową podróż do Iranu. Oczywiście kupiłam bilety autokarowe, jakże by inaczej :) Z Warszawy do Berlina i z powrotem za całe 75zł! Szaleństwo...i jak tu nie korzystać z takich promocji?
Także podsumowując...sprawy logistyczne związane z Iranem prawie mamy z głowy...prawie, bo jeszcze trzeba coś kombinować na miejscu, ale to już zostawiam na wrzesień/październik. Wyjeżdżamy z Warszawy 2 listopada o 23:00, najpierw do Berlina, a później samolotem do Teheranu przez Stambuł.
Mógłby już być 14 sierpnia.

Ps. Zrobiłam rezerwację Monachium-Freiburg-Monachium...30€ w dwie strony więc cena sensowna. No i kupiłam go sama korzystając z niemieckiej strony internetowej! Jednak moje samodzielne lekcje niemca nie idą na darmo ;)
 

wtorek, 23 lipca 2013

Alone...part 3...step by step...

No nigdy nie jest idealnie. Wczoraj w końcu po milionie prób skontaktowania się z Iliasem gadaliśmy na skypie. No i oczywiscie zaczelo się od "How are you?" i takie tam co u mnie i jak w pracy, a jak bieganie, a jak w domu, a jaka pogoda, a czy ja mam urlop teraz, czy kiedy...nudy...potem przeszliśmy do konkretów. Jak zorganizować nasz czas w Monachium i u Owcy. No i padla wiadomość wieczoru - Ilias sprzedał samochód! No i ręce mi opadły...i odechciało mi się generalnie gadać.

-Jak to sprzedałeś?
-No już dawno chciałem to zrobić, a teraz jest na to dobry czas...
-No ale jak my się teraz dostaniemy do Owcy? To jest dla mnie najważniejsze! Muszę się tam jakoś dostać!
-Spokojnie, jest mnóstwo autobusów i pociagi też są, a poza tym, to może kupię samochód do tego czasu...ale do końca nie wiem, czy bedę mógł tam z Wami pojechać...

To był "rozlazły" Ilias jakiego jeszcze nie znałam. Zawsze tryskał enegrią...a tu o!
(Sprawa się później wyjaśniła gdyż szanowny Pan Ilias obchodzi Ramadan i chłopak głodny to i marudny! (Zaskakujące swoją drogą, wszyscy Muzułmanie jakich znam mówią, że wcale nie są wierzący, że nic ich religia nie obchodzi, ale jak przychodzi co do czego, to Ramadan świątują. No oprócz Fainana.)

Taaaa...kupi...znając Iliasa, to jak już znajdzie coś co mu się spodoba, to będzie się zastanawiał...zastanawiał...a potem jeszcze się zastanowi i postanowi się zastanawiać jeszcze przez tydzień...a potem zrobi jeszcze zdjęcie każdemu małemu guziczkowi, kabelkowi, śrubeczce i każdemu zagłębieniu w oponie...i wtedy może zdecyduje się na kupno...a jak kupi ten samochód, to my już dawno wrócimy do Polski i powoli bedziemy zapominać, że w Monachium byłyśmy i że było fajnie. Jestem trochę złośliwa? Hmmm...no może trochę! Ale ta sprzedaż samochodu zupelnie obróciła wszystko do góry nogami!
I zaczyna się kombinowanie...jakby tu dojechać z Monachium do Freiburgu?! Na razie zupelnie nie mam koncepcji. Nie chce mi się tłuc autobusem...może pokombinujemy z pociągiem o ile takowy będzie...we will see. Dobrze, że to jeszcze 3 tygodnie, a nie 3 dni zostały do wyjazdu!

A co do biegania, to w końcu się do tego przekonałam! Wczoraj pierwszy raz pękła piateczka! w 30min...bez zatrzymania :) Rozmawiałam z Fainanem - największym fanem biegania jakiego znam i powiedział, że to bardzo dobry czas! Więc jestem z siebie dumna...ciekawe kiedy dobiegnę do dziesiąteczki?!

Walczę dziś dalej ze znalezieniem jakiegoś sensownego połącznenia i z niemieckimi słówkami :)

Tschüss!!!!

Ps. Po pół dnia szukania niczego nie znalazłam. Mam nadzieję, że coś wpadnie mi do głowy, bo jak nie, to nie wiem...

piątek, 19 lipca 2013

Alone...part 2

Umówiłam się ze Zborką na rower. Ostatnio rzadko jest w Halinie, a mi samej nie chce się jeździć więc jak tylko daje mi cynk, że przyjeżdża, to od razu ustawiamy się na przejażdżkę:)
Przez ostatni tydzien byłam sama w domu. Rodzina na wakacjach więc musialam sama zadbać o moje pożywienie...kto mnie zna ten wie, że gotowanie, to nie jest moja pasja...wpadłam więc po pracy do naszego halinowskiego sklepu, bo miałam ochotę na owoce (nie trzeba ani gotować ani smażyć ani piec), a tam nic. Parę bananów i nektarynki. Postanowiłam więc, że zrobimy sobie ze Zborką wycieczkę rowerową do Tesco po owoce i dzięki temu nie umrę z glodu.

-Jedziemy w weekend w góry?
-W który weekend?
-No w ten w sierpniu, pierwszy albo drugi...zobaczymy jaka będzie pogoda...
-Hmmm...ale ja w trzeci jadę do Monachium...
-Hmmm...
-Jedziesz?
-Emila...już Ci powiedziałam "na pączkach", że nie lubię tego, że zgadzam się zawsze z tym na co mnie namawiasz!
-Ale ja nie namawiam...ale wiesz, bilety 300zl w 2 strony, no i będzie pięknie...lasy, jezioro, góry dookoła...i Ilias i Owca no i winko będzie i relaksik...no i taka podróż dalej jest zawsze ciekawsza niż bliżej i ogólnie, to może być na prawdę mega fajnie...
-Emila...nakręcasz mnie...!!!
-...yyyy...no Marta też mi tak mówi, ale powiedziała, że to lubi, bo wtedy czuje się potrzebna...
-Własnie poczułam sie potrzebna...Jadę!

No i dojechałyśmy na rowerach do mojego domu...kupiłyśmy drugiego bileta i dopiero wtedy zaczęło sie nakręcanie. Głównie ja nakręcałam siebie, bo Zborka postanowiła wracac do domu, bo rano musiała wstać do pracy...a znając nasze możliwości jeszcze trochę a winko by się otworzyło...zatem Zborka uciekła do domu umawiając się ze mną w bramie na piątek wieczorem.

Podsumowując...jedziemy we 2! Jedziemy najpierw do Monachium do Iliasa, zostajemy u niego do piątku, a potem jedziemy do Owieczki odkrywać lasy, jeziorko i całą przyrodę, która ją otacza w tym jej Shwarzwaldzie :) Im bliżej tym jeszcze bardziej nie mogę się doczekać kiedy w końcu wsiądę do autokaru! No i spotkam się z Owcą!


Ze Zborką i Iliasem. Sylwester 2012/2013


niedziela, 14 lipca 2013

Arabski weekend w Kazimierzu Dolnym.

Tak się składa, że w tym roku nie mam "wakacji" w czasie wakacji, tzn. w polskie lato. Szczerze powiem, że jest to trochę męczące więc staram zapełnić sobie każdy weekend atrakcjami, które są na wyciągnięcie ręki, a zarazem spełniają rolę mini wakacji :)
W ten weekend postanowiłam wybrać się do Kazimierza Dolnego. Tak, tak...wiem, że oklepane i że wszyscy tam jeżdżą i że byłam ta milion razy, ale teraz chciałam doświadczyć czegoś innego! Po pierwsze zaczęło się od tego, że Kazimierz zupełnie nie był w planach...Zizek (mój kumpel Algierczyk mieszkający w Polsce) miał urodziny...on zabrał mnie na moje na gokarty więc też chciałam się czymś fajnym odwdzięczyć. Od jakiegoś czasu tworzymy razem ze Zborką i Zizkiem "Świętą Trójcę" więc oczywiście wyjazd miał być dla 3 osób. Zaczęłam przetrząsać wszystkie "Groupony" i inne dziwne portale i ofert przyznam szczerze było sporo. Zaczęłam szukać od dużych polskich miast. Więc Poznań, Wrocław, Kraków...jakieś hotele SPA, czy coś takiego i za każdym razem jak już coś mi się spodobało, to przy próbie zakupu cena rosła 2 razy...bo niby "brak pokoju w niższej cenie". Więc wkurzona stwierdziłam, że mam w nosie takie oszustwa i zaczęłam szperać po internecie sama. No i jak to zwykle w moim życiu się zdarza...wpadłam na "Siedlisko Lubicz".
Stara chata z XVII wieku, 1,5km od centrum Kazimierza, w pięknym otoczeniu...mmm...w sam raz na relax i oderwanie się od warszawskiej szarości. Zadzwoniłam, zarezerwowałam i pojechaliśmy. Pomysł okazał się oczywiście trafiony! Po pierwsze dlatego, że ani Zizek ani Zborka wcześniej w Kazimierzu nie byli a po drugie, że chata rzeczywiście okazała się niesamowita! Dwa dni minęły nam oczywiście jak z bicza strzelił. Pozostały zdjęcia i wspomnienia udanego weekendu :)







Zizu remontuje zamek...


Nasze typowe zdjęciowe miny! Tradycyjnie wyszłyśmy pięknie.

Zizu dalej ciężko pracuje przy rermoncie zamku.










Jak to powiedziała Zbora..."Cała Ty na tym zdjęciu!"