wtorek, 20 sierpnia 2013

TRIP: Monachium-Fraiburg-Seebrug-St.Blasien-Fraiburg-Monachium 15-18.08.2013



Plany planami, a w podróży jak zwykle życie toczy się własnym torem. Wczoraj rano wróciłyśmy z naszej niemieckiej wyprawy…i jestem nią na prawdę zachwycona, ale od początku…
Po przejściach z Iliasem, który najpierw sprzedał samochód, a potem okazało się, że jedzie na szkolenie do Frankfurtu musiałam przebookowywać nasze bilety do Freiburgu 2 razy i w sumie bardzo fajnie się wszystko udało. W środę o 20:00 wsiadłyśmy ze Zborką w autobus do Monachium. Już na wstępie wyszła KASZANA, bo luksusowy autokar, który miał nas zawieźć do samego Monachium okazał się być starym grzmotem i wcale nie jadącym do Monachium, ale do Pragi Czeskiej, w której miałyśmy się przesiąść w inny autokar – już docelowy. Dzięki Bogu w starym grzmocie nie wszystko było takie do końca złe. Panowie kierowcy od początku bardzo polubili Zborkę, która to wywalczyła u nich miejsce z przodu i w ten sposób miałyśmy dla siebie po 2 siedzenia, co dla mnie równało się z przespaną nocą w pozycji kulki zawiniętej w śpiwór, a dla niej z szybciej płynącym czasem, bo widziała drogę. Już na samym początku w autokarze zaznajomiłam się, jak to na mnie przystało z pewnym chłopakiem (no bardziej dorosłym facetem, bo wyglądał na jakieś 30 parę lat), który był Hiszpanem mieszkającym w Berlinie i podróżującym po Europie ze swoją mamą. Manuel okazał się bardzo gadatliwym gościem i o wszystko pytał…chyba poznał cały mój życiorys bez zagłębiania się w szczegóły co prawda, ale z grubsza chłopak ogarnął co i jak. Oczywiście na koniec zapytał o maila i FB no i ma mnie znaleźć i dalej toczyć swój wywiad ze mną w roli głównej, tylko tym razem już wirtualnie. Jak do tej pory jeszcze mnie nie znalazł więc może w ferworze jazdy tym wspaniałym pojazdem skasował wiadomość, którą sobie zapisał w telefonie albo co…cholera wie! Jego strata, że tak powiem ;) Chociaż wizja kolejnej osoby mieszkającej w Berlinie bardzo by mi pasowała, bo byłoby się u kogo zatrzymać w razie co…
Po przyjeździe do Pragi miałyśmy ok. 1 godziny i przesiadałyśmy się do kolejnego autokaru…wypasionego jak nie wiem co, klasa VIP tym razem! Naprawdę na tyle autokarów ile w życiu widziałam (a widziałam sporo) ten był najlepszy! Drewniana podłoga (albo przynajmniej przypominająca ciemne drewno), każdy miał swoje radyjko wbudowane w siedzenie, butelka wody, ciasteczka, telewizory wysuwane z sufitu…naprawdę pełen luksus! W takim oto luksusie przejechałyśmy kolejne 5 godzin aż do dworca w Monachium. Tam odebrał nas Ilias, który oczywiście jak na prawdziwego faceta przystało najpierw się spóźnił tłumacząc, że spał tylko 3 godziny, bo wrócił z imprezy o 7 rano, a potem zaproponował, że weźmie mój plecak…biedny nie zdawał sobie sprawy jaki jest ciężki, ale co ja go będę ostrzegała? Chcesz, to bierz i tyle…troszkę się chłopaczyna zdziwił podnosząc go i za każdym razem jak tylko miał okazję zrzucał go z pleców żeby trochę odżyć i odzyskać przepływ krwi w ramionach ;) Dotarliśmy do mieszkania, wzięłyśmy prysznic, Ili pamiętał, że piję herbatę więc po wyjściu z łazienki już na mnie czekała (on pije herbatę tylko jak jest chory, czego dowiedziałam się jak byliśmy razem w Berlinie), zjedliśmy pizzę i zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego Ilias nie ma w mieszkaniu lusterka?! Przecież to jest taki potrzebny sprzęt, a małe lusterko łazienkowe, to nie to samo, co lustro, w którym można się przejrzeć…no i temat lustra w domu utrzymywał się dosyć długo… Po pizzy poszliśmy na spacer do Centrum, oczywiście zaliczyliśmy wszystkie stałe punkty zwiedzania, a jak już stwierdziłyśmy ze Zborą, że czas się położyć i odpocząć zaczęłam atakować Iliasa pytaniami „gdzie jest park?” i „gdzie jest park?” i „daleko do parku?” itd. aż w końcu dał za wygraną i zaprowadził nas do parku angielskiego z piękna zieloniutką traweczką, która tylko czekała na to żeby się na niej położyć. 

Oczywiście żeby za daleko nie chodzić postanowiłam wybrać miejsce naszego spoczynku na trawie i upatrzyłam sobie punkt, który moim zdaniem był idealny…Ilias nic nie mówił tylko grzecznie szedł za mną po czym jak już stanęłam w miejscu gdzie chciałam usiąść coś burknął pod nosem po niemiecku, czego zupełnie nie zrozumiałam więc spytałam „WHAT?” on znów coś burknął, po czym ja znów spytałam „WHAT?” i wtedy powiedział już po angielsku zniżając głos „NAKED”…co znaczy po angielsku „goły”…trochę wydało mi się to dziwne, rozejrzałam się dookoła i dopiero wtedy zauważyłam, ze znajdujemy się dokładnie w samym środku placu, na którym siedzieli, leżeli i bawili się golasy! Głównie faceci i głównie po 40 więc widok ani nie był fajny ani tym bardziej nie chciało się do nich dołączyć, a wręcz przeciwnie jak najszybciej stamtąd uciec. Ilias widząc, że jednak nie jestem odpowiednią osobą do znajdowania miejsca do siedzenia postanowił wziąć to na siebie i przeprowadził nas przez to „gołe pole” do normalnych ludzi siedzących w środku miasta w parku w ubraniu! Podrzemałyśmy troszkę, Ili podzwonił do jakiś ludzi w sprawie fabryki, którą chce zbudować, a potem wstaliśmy, poszliśmy na lody i do domu żeby przebrać się na wieczór, bo mięliśmy w planach trochę poszaleć. 

Wychodząc z domu Ili zabrał do wyrzucenia śmieci, które skrzętnie segreguje (wszystko wrzuca do jednego kosza, a papier do drugiego…), my czekałyśmy przy windzie aż tu nagle przybiega do nas i mówi, że musi nam coś pokazać! Więc ruszyłyśmy za nim… przy kontenerze stało wielkie lustro! Po fali śmiechu Ilias postanowił, że takie lustro nie może się zmarnować i że taki zbieg okoliczności trzeba wykorzystać i zabrał lustro do domu żeby już nikt go nie pytał dlaczego nie ma w mieszkaniu lusterka. Pojechaliśmy sobie metrem na Sommerfestival, który okazał się wesołym miasteczkiem jak z amerykańskich filmów, nie było za ciekawie, poza tym mnie rozbolała głowa, Zborkę również więc ok. 23:00 postanowiliśmy, że wracamy do domu spać i tyle z imprezy. Docierając do domu byliśmy tak padnięci, że nawet nie chciało nam się nadmuchiwać materaca i spaliśmy całą trójką w jednym łóżku aż do pogańskiej godziny 5:10 o której musiałyśmy wstać żeby zdążyć na autobus do Fraiburga.

Podróż mi upłynęła śpiąco, Zborce widokowo. Plecaki nam ciążyły więc od razu po wyjściu z autokaru udałyśmy się do informacji, gdzie Pan nam zakomunikował, że pociąg do Seebrugu (do którego musiałyśmy dojechać żeby dostać się do St.Blasien, w którym mieszka Owca) odjeżdża za 5 min i żeby się spieszyć więc jak wielbłądy biegnąc na 7 peron wskoczyłyśmy do pociągu. Byłyśmy głodne jak wilki, bo o 5 rano nie chciało nam się totalnie jeść więc jak tylko zajęłyśmy miejsca, zaczęłyśmy zjadać nasze kabanosy. Do Seebrugu dojechałyśmy przed 13:00 i było tak upalnie, że jedyne na co miałyśmy ochotę, to wykąpać się w jeziorze. No i „mówisz-masz”! Wysiadamy na stacji, a tam jezioro, plaża, restauracja, lody i cała ta wakacyjna otoczka. Ponieważ Owca pracowała do 15:00 postanowiłyśmy skorzystać z jeziorka i 2,5 godziny pobyczyć się na plaży! To było to czego nam było trzeba! Super pogoda, czyściutkie jezioro, góry dookoła i luuuuuz.  


Czas szybko płynął i trzeba było znów zwijać manaty i pakować się do autobusu do St. Blasien gdzie miała na nas czekać Owieczka. Autobus się spóźniał i spóźniał i spóźniał…a potem okazało się, że Pan kierowca wcale nie mówi po angielsku więc już szykowałam swoją wyuczoną formułkę po niemiecku kiedy Pan zapytał, czy mówimy może po polsku? No i tak oto porozmawiałyśmy sobie z Panem, oczywiście marudzącym jak to w Polsce jest źle i jak to w Niemczech cudownie i takie tam inne pierdoły…Droga była krótka i szybko ujrzałyśmy Owieczkę siedzącą na dworcu w St. Blasien! Radość była wielka przede wszystkim dlatego, że w końcu się dotarabaniłyśmy, że Owca żyje i ma się dobrze i w końcu dlatego, że będę mogła jej oddać ¾ mojego plecaka! Czas w St. Blasien spędziliśmy wszyscy (ja, Owca, Zborka i Wiktor-chłopak, który pracuje w tej samej klinice co Owca) bardzo przyjemnie! Najpierw jedząc kolację, podtrzymując naszą polska tradycję z Żubróweczką, a potem zwiedzając sobie wieczorem miasteczko. Była kupa śmiechu i naprawdę fajnie nam się spędzało razem czas. Wiktor, który na początku był nieco skrepowany później okazał się być super gościem, który ma milion fajnych pomysłów i jest momentami mega śmieszny! 


Następnego dnia rano zrobiliśmy sobie wycieczkę w góry-wykąpać się w wodospadach i pooglądać trochę przyrodę, bo w Schwarzwaldzie jest naprawdę pięknie! Wycieczka zaczęła się od wizyty w sklepie, bo Wiktor przypomniał sobie, że koniecznie musimy spróbować tutejszego specjału w postaci wódki z gruszką w środku butelki. Zatem wyposażając nas w taką butelkę i opowiadając jak ta gruszka w butelce rośnie, wybraliśmy się na szlak i zgodnie z polska przyśpiewką „a teraz idziemy na jednego”, którą zawsze zapodawała Owca robiliśmy sobie przystanki podziwiając przyrodę i kosztując Schwarzwaldski gruszkowy trunek o imieniu Williams. Zaliczyliśmy tez najwyższy szczyt Schwarzwaldu – Feldberg w japonkach, wjechaliśmy windą na taras widokowy i wracając w kierunku kliniki podziwialiśmy górskie jezioro, które kusiło nas żeby do niego wskoczyć. Wiktor zaproponował nam, że odwiezie nas do Fraiburga wiec odpadła nam podróż autobusem i pociągiem, która pewnie po takim dniu byłaby dla nas męczarnią. 

Czas tak szybko płynął, że nie zdążyłam się nacieszyć ani Owieczką ani Schwarzwaldem ani gruszkowym trunkiem, a już trzeba było się pakować i zmierzać do Fraiburga. Jechaliśmy sobie i jechaliśmy…potem staliśmy w korku, ja miałam już ochotę wyjść z samochodu z beasbollem, który nie wiadomo skąd był u Wiktora w samochodzie i zrobić z tym korkiem porządek, Wiktor miał ochotę podjechać trochę zamkniętym pasem ruchu, Owca miała ochotę w końcu wykąpać się w jeziorze, a Zborka właściwie nie wiadomo na co miała ochotę oprócz tego, że ciągle powtarzała, że ten korek da się ominąć górą, bo tak zrobił Pan kierowca autobusu, którym wcześniej jechałyśmy…tak nam minął czas w korku…potem dojechaliśmy na dworzec, pożegnaliśmy się i parami udaliśmy się każde w swoja stronę – my na ławkę i lody czekając na naszego Couch Surfera, a Owca z Wiktorem na zakupy do Lidla.
Victor –  Couch Surfer, który gościł nas u siebie w mieszkaniu okazał się mega sympatycznym gościem pochodzącym z Chile. Uczy we Fraiburgu WF-u i generalnie mówił, że bardzo mu się Niemcy jako kraj podobają. Mieszkał w 3 pokojowym mieszkaniu ze swoim kolegą z Ekwadoru, który miał bzika na punkcie Che Guevary i totalnie nie mówił po angielsku, ale za to miło się uśmiechał J Wypiłyśmy z chłopakami piwko, poszłyśmy pod prysznic i położyłyśmy się grzecznie spać mając w głowie wizję porannego wstawania żeby zdążyć na autobus do Monachium. Oczywiście rano wstałyśmy, na autobus zdążyłyśmy i podziwiając po raz ostatni tego wyjazdu widoki zmierzałyśmy do Monachium…na miejscu miałyśmy jeszcze 2 godzinki na pochodzenie po mieście, zjedzenie lodów (to już stał się rytuał), zrobienie zdjęć i małych zakupów jedzeniowych na drogę i o 17:00 wsiadłyśmy w autokar do Pragi. Smutno było wyjeżdżać…no ale takie życie. Droga przebiegała w miarę spokojnie aż do pewnego momentu kiedy około 60km przed Pragą zaczął się korek-gigant. Mając tylko 2 godziny do odjazdu autobusu do Warszawy zaczęłyśmy mieć lekkiego stresa…nie było najmniejszych szans na to żeby dojechać na czas! Jak stanęłyśmy tak staliśmy i staliśmy i staliśmy…Ja już kombinowałam inny dojazd do domu, jakiś pociąg albo co, Zbora klęła pod nosem, że z Czechami to tak jest i że chyba przestanie ich lubić, ja walczyłam z wifi w telefonie, a potem zaczynałam sobie przypominać, czy aby nikogo w Pradze nie znam…i tak oto w ferworze naszego stresowania się i wizji spędzenia nocy na dworcu, dojechaliśmy na miejsce 3 minuty po czasie. Dzięki Bogu autokar do Warszawy jeszcze stał więc ja szybko pobiegłam go zatrzymać, a Zbora pchała się ile wlezie po nasze plecaki. Oczywiście żeby nie było za pięknie autokar znów okazał się być starym grzmotem i tak oto zatoczyłyśmy koło trafiając na tych samych kierowców i ten sam autokar a nawet te same miejsca siedzące!
Do Warszawy dojechaliśmy na 8:00 rano i już wtedy wiedziałam, że do pracy, to raczej nie dotrę…dotarłam za to do domu, wzięłam prysznic i położyłam się spać…
Wyjazd był niesamowicie udany! Nawet w 1 % nie spodziewałam się, ze będzie tak fajnie! Już chciałabym pojechać jeszcze raz. 27 września zaczyna się Octoberfest…może to jakiś pomysł? Tęskni mi się tylko za Owieczką…no ale w końcu nie mieszka na końcu świata i jak już będę milionerką, to będę sobie do niej latała co weekend…na gruszeczkę;)
Teraz żyję jeszcze zdjęciami z wyjazdu…pewnie niedługo jak zawsze mi przejdzie i wkręcę się w Iran, bo to już za 2 miesiące!