No w końcu zabrałam się za aktualizację bloga. Po powrocie tyle się działo, że nie miałam głowy żeby to ogarnąć, no ale dziś po wynudzeniu się przez cały dzień postanowiłam się za to w końcu zabrać.
Z Iranu wróciłam...było inaczej niż zwykle, nie miałam jakiś wybuchów entuzjazmu (no może oprócz pustyni, która zachwyca mnie zawsze!), czułam się trochę przytłoczona tymi wszystkimi zakazami (głównie chustą na głowie). Ludzie rzeczywiście mega komunikatywni!!! Nawet Ci nie mówiący po angielsku na siłę próbowali się z nami porozumieć chociażby dzwoniąc do kogoś znajomego, który mówił...
Sytuacja z życia wzięta:
Stoimy na ulicy, bo nie wiemy gdzie mamy iść, nie wiemy jak się nazywa ulica, na której stoimy...podchodzi dziewczyna i coś mówi...potem dzwoni do kogoś, daje nam telefon, a tam jakaś inna dziewczyna się pyta gdzie chcemy iść i gdzie jesteśmy itd...i weź tu człowieku bądź mądry, wytłumacz najpierw gdzie jesteś (chociaż nie masz o tym pojęcia), potem powiedz gdzie chcesz iść i potem jeszcze idź w stronę, którą podpowiada Ci dziewczyna z telefonu, chociaż zupełnie Cię nie widzi i nie wie, czy rzeczywiście idziesz w dobrą stronę, czy też nie i nie jest do końca przekonana o tym, że akurat chcesz iść tam gdzie chcesz, tłumaczysz jej, że nie jest w stanie Ci pomóc i się rozłączasz grzecznie, ta która stoi koło Ciebie znów widzi, że nie wiesz gdzie iść więc znów dzwoni, tamta z telefonu znów tłumaczy, ty znów mówisz, że dziękujesz za pomoc, ale na prawdę sama sobie poradzisz, rozłączasz się a ta znów dzwoni i znów daje ci ten telefon więc już cię powoli trafia z tej grzeczności szlag i mówisz "FENK JU", rozłączasz się i spierniczasz czym prędzej udając, że już wszystko wiesz...
Jedziesz w metrze:
Uśmiechniesz się, chociażby przypadkiem, od tak sobie...a tu nagle wszystkie kobiety się do ciebie uśmiechają i pyyyyyyyyyyyyyyyyyyytają, prowadzą za rękę, odprowadzają prawie pod sam dom...
Stoisz pod meczetem:
Podchodzi jakiś gość, coś mówi, potem znika i pojawia się z herbatą i jedzeniem.
Siedzisz sobie na murku, bo akurat masz ochotę odpocząć:
Podchodzi do Ciebie grupa małolatów i gada, gada, gada, pyta, pyta, pyta, a ty siedzisz i zastanawiasz się jak tu w miarę miło wstać, odwrócić się i uciec czym prędzej.
Oczywiście jest to bardzo miłe, ale przez pierwsze 3 dni, potem zaczyna Cię to wkurzać i męczyć i masz już tych wszystkich ludzi dosyć i szukasz odludzia gdzieś na pustyni albo w górach. Ja tak miałam, Marta wręcz przeciwnie. Była w swoim żywiole, z każdym gadała o tym samym, bo każdy pytał skąd jesteśmy, dlaczego przyjechaliśmy do Iranu itd...Co ciekawe Irańczycy bardzo dużo wiedzą o Polsce! Historię mają w małym palcu!
Poznaliśmy też mnóstwo fajnych ludzi z Couch Surfingu:
Number one to Alki - czyli Ali i Ali. Chłopaki z Teheranu, z którymi pojechałyśmy na pustynię, a potem w góry. Bardzo dużo nam pomogli, zaopiekowali się i na prawdę czułyśmy się z nimi bardzo dobrze! Alek 1 miał podobny światopogląd dotyczący spotykania nowych ludzi więc fajnie było sobie z tego pożartować :) Marta była lekko zszokowana naszą postawą, ale potem sama zaczęła się z tego śmiać :)
Number two to Farid. Również z Teheranu. Człowiek o złotym sercu, który przyjął nas w mieszkaniu, z którego się przeprowadzał wraz z rodziną. Odebrał nas o 5 rano, oddał swoją sypialnię i starał się z nami komunikować chociaż jego angielski był niestety bardzo kiepski.
Number three Morteza z Shirazu - tak zwany Pan Nauczyciel, Yes Sir itd :) Na początku zrobił na naas średnie wrażenie, ale zyskał z czasem...jak zaczęłam mu opowiadać o moim chomiku, całkiem dobrze zaczęliśmy się komunikować :)
Number five Jennifer i Ana. Jedna z USA, druga z Brazyli. Spotkałyśmy dziewczyny u Mortezy. Mieszkaliśmy sobie przez 2 dni razem.
Jeśli miałabym zrobić ranking tego co mi się podobało, to:
1. Pustynia
2. Góry
3. Persepolis
4. Cała reszta
 |
| Obiad na lotnisku w Istambule. |
 |
| Teheran: zdjęcie z Faridem pierwszego dnia pobytu, metro z wagonem tylko dla kobiet i ambasada USA. |
 |
| Uwaga na czadory! Japonki spotkane w muzeum pokoju w Teheranie i najbardziej interesujący eksponat w Muzeum Narodowym w Teheranie, czyli zasolona głowa człowieka w słoiku :) |
 |
| Pałac Golestan w Teheranie. |
 |
| W drodze na pustynię! |
 |
| Samochód się nam zakopał, noc na pustyni zaliczona, wschód słońca jak zwykle przespałam :) |
 |
| Stary karawanseraj. |
 |
| Śniadanie w Yazd. |
 |
| Obrazki z Yazd. |
 |
| Yazd |
 |
| Esfahan, jak dla mnie najładniejsze miasto w Iranie. |
 |
| Parking motocyklowy i pałace w Esfahanie. |
 |
| Esfahan słynie z mostów...niestety "wyłączyli" rzekę. |
 |
| Persepolis |
 |
| Couch Surfing jest najlepszy na świecie! Zdjęcie u Mortezy z Jennifer i Aną. |
 |
| Bazary są wszędzie...Obrazy-dywany, bicze, głowa konia... |
 |
| Marta i jej chustkowe fantazje :) |
 |
| Z Alkiem w górach odpoczywamy od ludzi :) |
 |
| 3 tys. npm, rozkładamy namiot na szczycie, zasypał nas śnieg, przeżyliśmy noc!!! |
 |
| Następnego dnia na szlaku i w schronisku :) |
 |
| Kolejny dzień w górach z super słonkiem! |
 |
| Koledzy ze schroniska, lody na zakończenie wspinaczki, ja z Alkiem w autobusie. |
 |
| Śniadanie mistrzów przygotowane przez Kubę :) 6 rano w Polsce! |
Iran polecam, ale drugi raz bym nie wróciła. Jednak nie ma to jak Afryka...tam mnie ciągnie i ciągnie więc przyszły listopad to Tanzania i Zanzibar. Zrobiłam już mały rekonesans lotów i wiem czego szukam i gdzie to znajdę :) JUHU! No a teraz czekam na Izrael w marcu i Włochy we wrześniu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz