Plany
planami, a w podróży jak zwykle życie toczy się własnym torem. Wczoraj rano
wróciłyśmy z naszej niemieckiej wyprawy…i jestem nią na prawdę zachwycona, ale
od początku…
Po
przejściach z Iliasem, który najpierw sprzedał samochód, a potem okazało się,
że jedzie na szkolenie do Frankfurtu musiałam przebookowywać nasze bilety do
Freiburgu 2 razy i w sumie bardzo fajnie się wszystko udało. W środę o 20:00
wsiadłyśmy ze Zborką w autobus do Monachium. Już na wstępie wyszła KASZANA, bo
luksusowy autokar, który miał nas zawieźć do samego Monachium okazał się być
starym grzmotem i wcale nie jadącym do Monachium, ale do Pragi Czeskiej, w
której miałyśmy się przesiąść w inny autokar – już docelowy. Dzięki Bogu w
starym grzmocie nie wszystko było takie do końca złe. Panowie kierowcy od
początku bardzo polubili Zborkę, która to wywalczyła u nich miejsce z przodu i
w ten sposób miałyśmy dla siebie po 2 siedzenia, co dla mnie równało się z
przespaną nocą w pozycji kulki zawiniętej w śpiwór, a dla niej z szybciej
płynącym czasem, bo widziała drogę. Już na samym początku w autokarze
zaznajomiłam się, jak to na mnie przystało z pewnym chłopakiem (no bardziej
dorosłym facetem, bo wyglądał na jakieś 30 parę lat), który był Hiszpanem
mieszkającym w Berlinie i podróżującym po Europie ze swoją mamą. Manuel okazał
się bardzo gadatliwym gościem i o wszystko pytał…chyba poznał cały mój życiorys
bez zagłębiania się w szczegóły co prawda, ale z grubsza chłopak ogarnął co i
jak. Oczywiście na koniec zapytał o maila i FB no i ma mnie znaleźć i dalej
toczyć swój wywiad ze mną w roli głównej, tylko tym razem już wirtualnie. Jak
do tej pory jeszcze mnie nie znalazł więc może w ferworze jazdy tym wspaniałym
pojazdem skasował wiadomość, którą sobie zapisał w telefonie albo co…cholera
wie! Jego strata, że tak powiem ;) Chociaż wizja kolejnej osoby mieszkającej w
Berlinie bardzo by mi pasowała, bo byłoby się u kogo zatrzymać w razie co…
Po
przyjeździe do Pragi miałyśmy ok. 1 godziny i przesiadałyśmy się do kolejnego
autokaru…wypasionego jak nie wiem co, klasa VIP tym razem! Naprawdę na tyle
autokarów ile w życiu widziałam (a widziałam sporo) ten był najlepszy!
Drewniana podłoga (albo przynajmniej przypominająca ciemne drewno), każdy miał
swoje radyjko wbudowane w siedzenie, butelka wody, ciasteczka, telewizory
wysuwane z sufitu…naprawdę pełen luksus! W takim oto luksusie przejechałyśmy
kolejne 5 godzin aż do dworca w Monachium. Tam odebrał nas Ilias, który
oczywiście jak na prawdziwego faceta przystało najpierw się spóźnił tłumacząc,
że spał tylko 3 godziny, bo wrócił z imprezy o 7 rano, a potem zaproponował, że
weźmie mój plecak…biedny nie zdawał sobie sprawy jaki jest ciężki, ale co ja go
będę ostrzegała? Chcesz, to bierz i tyle…troszkę się chłopaczyna zdziwił
podnosząc go i za każdym razem jak tylko miał okazję zrzucał go z pleców żeby
trochę odżyć i odzyskać przepływ krwi w ramionach ;) Dotarliśmy do mieszkania,
wzięłyśmy prysznic, Ili pamiętał, że piję herbatę więc po wyjściu z łazienki już
na mnie czekała (on pije herbatę tylko jak jest chory, czego dowiedziałam się
jak byliśmy razem w Berlinie), zjedliśmy pizzę i zaczęliśmy się zastanawiać
dlaczego Ilias nie ma w mieszkaniu lusterka?! Przecież to jest taki potrzebny
sprzęt, a małe lusterko łazienkowe, to nie to samo, co lustro, w którym można
się przejrzeć…no i temat lustra w domu utrzymywał się dosyć długo… Po pizzy
poszliśmy na spacer do Centrum, oczywiście zaliczyliśmy wszystkie stałe punkty
zwiedzania, a jak już stwierdziłyśmy ze Zborą, że czas się położyć i odpocząć
zaczęłam atakować Iliasa pytaniami „gdzie jest park?” i „gdzie jest park?” i
„daleko do parku?” itd. aż w końcu dał za wygraną i zaprowadził nas do parku
angielskiego z piękna zieloniutką traweczką, która tylko czekała na to żeby się
na niej położyć.
Oczywiście żeby za daleko nie chodzić postanowiłam wybrać
miejsce naszego spoczynku na trawie i upatrzyłam sobie punkt, który moim
zdaniem był idealny…Ilias nic nie mówił tylko grzecznie szedł za mną po czym
jak już stanęłam w miejscu gdzie chciałam usiąść coś burknął pod nosem po
niemiecku, czego zupełnie nie zrozumiałam więc spytałam „WHAT?” on znów coś
burknął, po czym ja znów spytałam „WHAT?” i wtedy powiedział już po angielsku
zniżając głos „NAKED”…co znaczy po angielsku „goły”…trochę wydało mi się to
dziwne, rozejrzałam się dookoła i dopiero wtedy zauważyłam, ze znajdujemy się
dokładnie w samym środku placu, na którym siedzieli, leżeli i bawili się
golasy! Głównie faceci i głównie po 40 więc widok ani nie był fajny ani tym
bardziej nie chciało się do nich dołączyć, a wręcz przeciwnie jak najszybciej
stamtąd uciec. Ilias widząc, że jednak nie jestem odpowiednią osobą do
znajdowania miejsca do siedzenia postanowił wziąć to na siebie i przeprowadził
nas przez to „gołe pole” do normalnych ludzi siedzących w środku miasta w parku
w ubraniu! Podrzemałyśmy troszkę, Ili podzwonił do jakiś ludzi w sprawie
fabryki, którą chce zbudować, a potem wstaliśmy, poszliśmy na lody i do domu
żeby przebrać się na wieczór, bo mięliśmy w planach trochę poszaleć.
Wychodząc z domu Ili zabrał do wyrzucenia
śmieci, które skrzętnie segreguje (wszystko wrzuca do jednego kosza, a papier
do drugiego…), my czekałyśmy przy windzie aż tu nagle przybiega do nas i mówi,
że musi nam coś pokazać! Więc ruszyłyśmy za nim… przy kontenerze stało wielkie
lustro! Po fali śmiechu Ilias postanowił, że takie lustro nie może się zmarnować
i że taki zbieg okoliczności trzeba wykorzystać i zabrał lustro do domu żeby
już nikt go nie pytał dlaczego nie ma w mieszkaniu lusterka. Pojechaliśmy sobie
metrem na Sommerfestival, który okazał się wesołym miasteczkiem jak z
amerykańskich filmów, nie było za ciekawie, poza tym mnie rozbolała głowa,
Zborkę również więc ok. 23:00 postanowiliśmy, że wracamy do domu spać i tyle z
imprezy. Docierając do domu byliśmy tak padnięci, że nawet nie chciało nam się
nadmuchiwać materaca i spaliśmy całą trójką w jednym łóżku aż do pogańskiej
godziny 5:10 o której musiałyśmy wstać żeby zdążyć na autobus do Fraiburga.
Podróż
mi upłynęła śpiąco, Zborce widokowo. Plecaki nam ciążyły więc od razu po
wyjściu z autokaru udałyśmy się do informacji, gdzie Pan nam zakomunikował, że
pociąg do Seebrugu (do którego musiałyśmy dojechać żeby dostać się do
St.Blasien, w którym mieszka Owca) odjeżdża za 5 min i żeby się spieszyć więc
jak wielbłądy biegnąc na 7 peron wskoczyłyśmy do pociągu. Byłyśmy głodne jak
wilki, bo o 5 rano nie chciało nam się totalnie jeść więc jak tylko zajęłyśmy
miejsca, zaczęłyśmy zjadać nasze kabanosy. Do Seebrugu dojechałyśmy
przed 13:00 i było tak upalnie, że jedyne na co miałyśmy ochotę, to wykąpać się
w jeziorze. No i „mówisz-masz”! Wysiadamy na stacji, a tam jezioro, plaża,
restauracja, lody i cała ta wakacyjna otoczka. Ponieważ Owca pracowała do 15:00
postanowiłyśmy skorzystać z jeziorka i 2,5 godziny pobyczyć się na plaży! To
było to czego nam było trzeba! Super pogoda, czyściutkie jezioro, góry dookoła
i luuuuuz.
Czas szybko płynął i trzeba
było znów zwijać manaty i pakować się do autobusu do St. Blasien gdzie miała na
nas czekać Owieczka. Autobus się spóźniał i spóźniał i spóźniał…a potem okazało
się, że Pan kierowca wcale nie mówi po angielsku więc już szykowałam swoją
wyuczoną formułkę po niemiecku kiedy Pan zapytał, czy mówimy może po polsku? No
i tak oto porozmawiałyśmy sobie z Panem, oczywiście marudzącym jak to w Polsce
jest źle i jak to w Niemczech cudownie i takie tam inne pierdoły…Droga była
krótka i szybko ujrzałyśmy Owieczkę siedzącą na dworcu w St. Blasien! Radość
była wielka przede wszystkim dlatego, że w końcu się dotarabaniłyśmy, że Owca
żyje i ma się dobrze i w końcu dlatego, że będę mogła jej oddać ¾ mojego
plecaka! Czas w St. Blasien spędziliśmy wszyscy (ja, Owca, Zborka i
Wiktor-chłopak, który pracuje w tej samej klinice co Owca) bardzo przyjemnie!
Najpierw jedząc kolację, podtrzymując naszą polska tradycję z Żubróweczką, a
potem zwiedzając sobie wieczorem miasteczko. Była kupa śmiechu i naprawdę
fajnie nam się spędzało razem czas. Wiktor, który na początku był nieco
skrepowany później okazał się być super gościem, który ma milion fajnych
pomysłów i jest momentami mega śmieszny!
Następnego dnia rano zrobiliśmy sobie
wycieczkę w góry-wykąpać się w wodospadach i pooglądać trochę przyrodę, bo w
Schwarzwaldzie jest naprawdę pięknie! Wycieczka zaczęła się od wizyty w sklepie,
bo Wiktor przypomniał sobie, że koniecznie musimy spróbować tutejszego specjału
w postaci wódki z gruszką w środku butelki. Zatem wyposażając nas w taką
butelkę i opowiadając jak ta gruszka w butelce rośnie, wybraliśmy się na szlak
i zgodnie z polska przyśpiewką „a teraz idziemy na jednego”, którą zawsze
zapodawała Owca robiliśmy sobie przystanki podziwiając przyrodę i kosztując
Schwarzwaldski gruszkowy trunek o imieniu Williams. Zaliczyliśmy tez najwyższy
szczyt Schwarzwaldu – Feldberg w japonkach, wjechaliśmy windą na taras widokowy
i wracając w kierunku kliniki podziwialiśmy górskie jezioro, które kusiło nas
żeby do niego wskoczyć. Wiktor zaproponował nam, że odwiezie nas do Fraiburga
wiec odpadła nam podróż autobusem i pociągiem, która pewnie po takim dniu
byłaby dla nas męczarnią.
Czas tak szybko płynął, że nie zdążyłam się nacieszyć
ani Owieczką ani Schwarzwaldem ani gruszkowym trunkiem, a już trzeba było się
pakować i zmierzać do Fraiburga. Jechaliśmy sobie i jechaliśmy…potem staliśmy w
korku, ja miałam już ochotę wyjść z samochodu z beasbollem, który nie wiadomo
skąd był u Wiktora w samochodzie i zrobić z tym korkiem porządek, Wiktor miał
ochotę podjechać trochę zamkniętym pasem ruchu, Owca miała ochotę w końcu
wykąpać się w jeziorze, a Zborka właściwie nie wiadomo na co miała ochotę
oprócz tego, że ciągle powtarzała, że ten korek da się ominąć górą, bo tak
zrobił Pan kierowca autobusu, którym wcześniej jechałyśmy…tak nam minął czas w
korku…potem dojechaliśmy na dworzec, pożegnaliśmy się i parami udaliśmy się
każde w swoja stronę – my na ławkę i lody czekając na naszego Couch Surfera, a
Owca z Wiktorem na zakupy do Lidla.
Victor
– Couch Surfer, który gościł nas u
siebie w mieszkaniu okazał się mega sympatycznym gościem pochodzącym z Chile.
Uczy we Fraiburgu WF-u i generalnie mówił, że bardzo mu się Niemcy jako kraj
podobają. Mieszkał w 3 pokojowym mieszkaniu ze swoim kolegą z Ekwadoru, który
miał bzika na punkcie Che Guevary i totalnie nie mówił po angielsku, ale za to
miło się uśmiechał J Wypiłyśmy z chłopakami
piwko, poszłyśmy pod prysznic i położyłyśmy się grzecznie spać mając w głowie
wizję porannego wstawania żeby zdążyć na autobus do Monachium. Oczywiście rano
wstałyśmy, na autobus zdążyłyśmy i podziwiając po raz ostatni tego wyjazdu
widoki zmierzałyśmy do Monachium…na miejscu miałyśmy jeszcze 2 godzinki na
pochodzenie po mieście, zjedzenie lodów (to już stał się rytuał), zrobienie
zdjęć i małych zakupów jedzeniowych na drogę i o 17:00 wsiadłyśmy w autokar do
Pragi. Smutno było wyjeżdżać…no ale takie życie. Droga przebiegała w miarę
spokojnie aż do pewnego momentu kiedy około 60km przed Pragą zaczął się
korek-gigant. Mając tylko 2 godziny do odjazdu autobusu do Warszawy zaczęłyśmy
mieć lekkiego stresa…nie było najmniejszych szans na to żeby dojechać na czas!
Jak stanęłyśmy tak staliśmy i staliśmy i staliśmy…Ja już kombinowałam inny
dojazd do domu, jakiś pociąg albo co, Zbora klęła pod nosem, że z Czechami to
tak jest i że chyba przestanie ich lubić, ja walczyłam z wifi w telefonie, a
potem zaczynałam sobie przypominać, czy aby nikogo w Pradze nie znam…i tak oto
w ferworze naszego stresowania się i wizji spędzenia nocy na dworcu,
dojechaliśmy na miejsce 3 minuty po czasie. Dzięki Bogu autokar do Warszawy
jeszcze stał więc ja szybko pobiegłam go zatrzymać, a Zbora pchała się ile
wlezie po nasze plecaki. Oczywiście żeby nie było za pięknie autokar znów
okazał się być starym grzmotem i tak oto zatoczyłyśmy koło trafiając na tych
samych kierowców i ten sam autokar a nawet te same miejsca siedzące!
Do
Warszawy dojechaliśmy na 8:00 rano i już wtedy wiedziałam, że do pracy, to
raczej nie dotrę…dotarłam za to do domu, wzięłam prysznic i położyłam się spać…
Wyjazd
był niesamowicie udany! Nawet w 1 % nie spodziewałam się, ze będzie tak fajnie!
Już chciałabym pojechać jeszcze raz. 27 września zaczyna się Octoberfest…może
to jakiś pomysł? Tęskni mi się tylko za Owieczką…no ale w końcu nie mieszka na
końcu świata i jak już będę milionerką, to będę sobie do niej latała co
weekend…na gruszeczkę;)
Teraz
żyję jeszcze zdjęciami z wyjazdu…pewnie niedługo jak zawsze mi przejdzie i
wkręcę się w Iran, bo to już za 2 miesiące!






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz