czwartek, 27 czerwca 2013

Alone...

Byłam dziś na basenie, a że zawsze basen kojarzy mi się tylko z jedną osobą - Owcą, postanowiłam do niej zadzwonić. Jakoś dawno ze sobą nie rozmawiałyśmy przez telefon, bo chyba z tydzień...więc oczywiście w ruch poszły wszystkie plotki...
-Co u Ciebie?
-U mnie to samo, gadaj co u Ciebie!
-Jadę do Niemiec...jutro...na 3 miesiące...
-O kurde...
Życzyłam jej tego odkąd zaczęła ten swój kurs drenażu limfatycznego, a teraz jak już tam jedzie, to jakoś tak smutno, pusto, kurcze czegoś brak...no nie wyobrażam sobie życia bez Owcy na wyciągnięcie ręki!!! (Właściwie to na wyciągnięcia motocykla)
Dopadła mnie samotność...Marta siedzi w Chorwacji...Grzęda w Hiszpanii...Owca wyjeżdża...masakra!
Niewiele myśląc od razu zaczęłam szukać biletów do Shwarzwaldu a tu NIC. Najtaniej WizzAir z Katowic do Frankfurtu, ale kiepskie daty, LOT pierdyknął ceny z kosmosu więc został mi AUTOKAR, a że jestem doświadczoną pilotką na wahadła do Bułgarii (30 godzin w jedną stronę), te 16 godzin do Monachium to pikuś! Z Warszawy do Monachium busem i stamtąd samochodem z Iliasem do Owcy :)

Wycieczka akurat na długi weekend w sierpniu.
Owieczka! Do tego czasu proszę się ogarniać i zaprzyjaźniać z otoczeniem żeby mnie ładnie oprowadzić ;)
Trzymam kciuki i...(ty już wiesz co robię;))
JUŻ SIĘ NIE MOGĘ DOCZEKAĆ!!!!!
LOVE YOU :*

A tak na koniec "wspierająca karteczka" od Beaty Pawlikowskiej :)

wtorek, 25 czerwca 2013

Dobra dobra zupa z bobra!

Odkąd powstal blog cały czas się zastanawiam jak udostępnić na nim "Dzienniki z podróży" Marty Z...pomysłu jeszcze nie mam, ale chyba stanie na tym, ze po prostu wrzucę je do ściągnięcia przez Was. To niesamowite jak wiele interesujących ludzi można spotkać w czasie drogi i do tej pory można utrzymaywac z nimi kontakt! Mostapha wszedł na bloga i poprosił mnie o prezentację jego osoby jako przewodnika po pustyni, ponieważ ciągle mnie męczy żebym na pustynię wróciła, a ja ciągle mu mówię, ze nie mam czasu, postanowiłam, ze chociaż tak mu się odwdzięcze i "zareklamuję go" gdybyście chcieli się wybrać do Maroko, to walcie do niego w ciemno! Na prawdę bardzo fajny gość! W "Dzienniku" Marta tak opisała nasze spotkanie z nim:

"Plan mieliśmy luźny– zostawić gdzieś samochod, spakować graty na nocleg i zagłębić się w pustynię. Zanim znaleźliśmy jakiś parking, parking znalazł nas, a przybrał postać gościa w czarnym turbanie, ktory dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski wyrecytował jednym tchem: SPOKO MAROKO, AFRYKA DZIKA, DOBRA DOBRA ZUPA Z BOBRA. Był to niejaki Mustafa – od tej pory nasz ulubieniec, ktory przechrzcił nas na Fatimę i Aiszę, używając tych imion na przemian i ktory do tej pory probuje pojąć Emilę za żonę przez facebooka, tyle, że znow jako żonę numer dwa, bo jedną już ma. Zaoferował nam on postoj na campingu u swojego szwagra za drobną opłatą, ktorą ostro negocjowaliśmy, bo w zasadzie nam specjalnie nie zależało.
Uznał nasz pomysł samodzielnego noclegu na pustyni za poroniony nie dlatego, że był niebezpieczny, tylko dlatego, że nie dawał mu opcji zorganizowania nam wycieczki na wielbłądach za 150 dirhamow. Przekonywał nas długo zaprosiwszy na herbatę. Rozmawiało się z nim superfajnie – gość mowił w trzech językach obcych, a
najlepiej po hiszpańsku. Naopowiadał nam rożnych historii, w tym o Japończykach, ktorzy zawsze przyjeżdżają na pustynię w porze zimowej i chodzą w gumowcach, ktore okropnie trzeszczą. Stąd, jeśli słychać trzeszczące kroki na pustyni, wiadomo od razu, że to idą Japończycy w gumowcach. Podejrzewam, że chciał nas przetrzymać na herbacie, tak, abyśmy skorzystali z oferty noclegowej campingu, a jutro skorzystali z wycieczki na wielbłądach. My jednak zdeterminowani byliśmy zwiedzić pustynię za darmo. W końcu Pan Bog stworzył ją dla wszystkich, gdy nie istniał jeszcze Mustafa, ani jego praprapradziadek. Wyobrażałam sobie, że będziemy wiele godzin brnąć w piasku przed siebie idąc na azymut i nucąc, że nie ma, nie ma wody na pustyni, ale byłam w mniejszości, bo reszta wolała wyruszyć wieczorem, gdy zelżeje palące słońce. Tu akurat mieli rację. Długotrwały przemarsz z plecakami, osuwając się przy każdym kroku w piasku potrafi człowieka wycieńczyć. Wszędzie piach, tylko piach. Popadliśmy w euforię. (...) Po zmroku rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy ogromną puchę tuńczyka, zakupioną przez Jusefa w Madrycie, uszczelniliśmy buty przed skorpionami i poszliśmy spać, choć długo nie pospaliśmy, bo zaczynała się właśnie burza piaskowa...
Obudził nas wyjący wiatr probujący poderwać w gorę nowy namiot Jusefa razem z zawartością. Jusef wyszedł do przedsionka wspomoc tamtejsze pałąki, my zostałyśmy w sypialni. I tak spędziliśmy następne połtorej godziny, ratując namiot by nie odleciał w strzępach. My z Emilą podpierałyśmy go od środkaj plecami, a Jusef trzymał przedsionek. Podmuchy wiatru wyły złowrogo, namiot opierał się destrukcji jak mogł furgocąc i wyginając się na wietrze, piasek wsypywał się do środka gornym wywietrznikiem, Emila panikowała i wieszczyła, że nas zasypie piach z przesuwającej się wydmy (ktora może dziś właśnie zdecyduje się wyruszyć nieco na zachod), a Jusef nie dawał głosu i myślałyśmy,że nie żyje. Ja, wiedząc, że jesteśmy powierzeni w opiekuńcze ręce Władcy Wszystkich Wichrow czekałam cierpliwie na zakończenie armagedonu. Po godzinie podpierania namiotu, gdy wiatr nie osłabł nawet odrobinę, jechałam już na oparach cierpliwości. Nie ma co czarować - było złowrogo i nie wiedzieliśmy jak to się skończy. Koniec końcow ustało. Sprawdziliśmy zniszczenia i oprocz zasypanych totalnie plecakow nic poważnego nie znaleźliśmy. Obsypaliśmy z Jusefem doł namiotu piaskiem na wypadek, gdyby burza zrobiła mały come back i poszliśmy spać. Nie pospaliśmy długo, bo zaczęło padać.
Poczuliśmy się jak Jaś Fasola, ktoremu przydarzają się w ciągu godziny wszystkie katastrofy, ktore innym przydarzają się raz w życiu, albo i to nie. Bo jak często zdarza się deszcz na Saharze? Nie była to wprawdzie ulewa, ktora mogłaby zalać namiot, bo woda zaraz wsiąkała w piasek, ale krople deszczu waliły w tropik i powodowały taki tumult, że bez zaaplikowania stoperow w życiu bym nie zasnęła. Oprocz tego piasek zgrzytał w zębach, było ciasno i okropnie duszno. Wykończyło mnie to ok 4 rano i wyprowadziłam się z materacem przed namiot. Niestety „tysiąca niemych gwiazd, ktore by demaskowały naszą znikomość” nie było widać
– widocznie zasłoniły je chmury. Thomas Laurence miał więcej szczęścia, inna rzecz, że dłużej siedział na pustyni. Nie mogłam zasnąć więc postanowiłam pojść na wycieczkę w gory, wytrzepawszy najpierw buty ze skorpionow, zaopatrzywszy się w czołowkę, ktorą, aby znaleźć musiałam znow obudzić biednych towarzyszy, wymęczonych nieszczęściami tej nocy, ktorzy nie mają dobrego zwyczaju zabierania ze sobą stoperow. Poszłam i już na szczycie najbliższej wydmy spotkałam się z granicą dnia i nocy, w związku z czym czołowka

stała się zbędna. Wraz ze świtem, powoli wyłaniały się zarysy kształtow pustyni. (...) Słońce wschodziło nad Saharą i miałam poczucie bycia jedynym obserwatorem tego spektaklu nie licząc przechodzącej dołem karawany wielbłądow. (...) Potem kontynuowałam wycieczkę po otaczających diunach łącznie ze zdobyciem najwyższej w okolicy. Wracając do obozu wyminęłam się z Jusefem, ktory też postanowił zaliczyć najwyższy szczyt. Emila, jak to Emila spała.Owszem,mogłoby ją otrzeźwić pojawienie się przystojnego tubylca, a przynajmniej Mustafy, ale do najbliższej zbiorowości ludzkiej była godzina marszu po piachu. (...) Było pochmurno, a podeszczowa pustynia wyglądała inaczej niż wczoraj. Jakoś bardziej dostojnie, a może po prostu dziecięca euforia nam przeszła i obserwowaliśmy ja z większym spokojem. Widzieliśmy pasące się wielbłądy i dzieciaka jeżdżącego po diunach na gorskim rowerze.
Mustafa przywitał nas z zakłopotanym uśmiechem rozkładając ręce, że to nie jego wina, że Sahara była akurat tej nocy taka nietypowa. Zaraz też zaprosił nas na herbatę i przeszedł do roztaczania urokow oazy, do ktorej nas może zabrać na wielbłądach. Nie wiem czemu sprawiałam wrażenie nieugiętego negocjatora skoro w głębi duszy się łamałam i chętnie bym zmieniła plan i poświęciła pobyt nad oceanem na rzecz tych wielbłądow, pod warunkiem, że Mustafa pozwoliłby nam pokłusować (stępem jeździłam już w Tunezji i doszłam do wniosku, że jest to bardzo nudne). Jusef
tymczasem rozpoczął negocjacje mające na celu osiągnięcie zysku ze sprzedaży Emilii na żonę Mustafy (za skandalicznie niską cenę dwoch wielbłądow). Okazało się, ze Mustafa byłby skłonny zapłacić znacznie więcej – dałby wszystkie wielbłądy na Saharze, czego Jusef nie mający najwidoczniej żyłki do wielkiego biznesu nie chciał przyjąć, bo uwierała mu myśl, co on zrobi z tyloma wielbłądami. Emila ma się rozumieć, nie zamierzała dać się sprzedać, a tym mniej zostać drugą żoną, bo jeszcze pierwsza to i owszem wczoraj jeszcze był została, ale dziś, po tym jak Mustafa nie uratował jej z burzy piaskowej, już nie.  Nie chciało nam się rozstawać z Mustafą tak przezabawnie się z nim gawędziło, ale coż było robić."


Takie mieliśmy zatem spotkanie z Mostaphą :)

Jego profil na fb:


Jakbyście wybierali się na pustynię w Maroko, na pewno serdecznie Was powita i zaproponuje swoje towarzystwo :)

piątek, 21 czerwca 2013

Plany na przyszłość...i paszportowe problemy.

Na listopad planujemy Iran. To też ciekawa historia już od samego początku. Najpierw powstał pomysł Bałkanów, ale nie do końca byłam do niego przekonana...potem powstała znów Kenia, bo i mi i Marcie bardzo się tam spodobało...no i w końcu pewnego dnia czekając na pociąg po pracy zadzwoniłam do Marty ustalić co i jak...no i mimochodem wspomniałam o Iranie, zupełnie nie mając świadomości, że Marta chciałaby tam pojechać! No i tak się zaczęło...szukanie, przeczesywanie całego internetu, miliona forów itd żeby znaleźć rozwiązanie najtańszej możliwości dotarcia do Iranu. Pomysłów było sporo...zaczęło się od lotów z Warszawy do Teheranu, ale niestety koszty były za wysokie. Znalazłam więc lot czarterowy do Turcji i stamtąd 40 godzin autokarem...bardziej kuszące cenowo, ale masakra jeśli chodzi o czas podróży więc pomysł szybko upadł. Po drodze jeszcze pojawiał się "stop"...ale tylko przez chwilkę, aż przypadkiem siedząc przy komputerze trafiłam na pewnego bloga...znalazłam tam info o połączeniach z Teheranem przez Berlin! Więc pierwsze co zrobiłam, to sprawdziłam ceny i były rzeczywiście świetne i w terminie, który nam idealnie pasował! Bilet w 2 strony z Berlina do Teheranu kosztował 220 euro (Pegasus Airlines), dojazd Polskim Busem do Berlina, to koszt ok. 120zl w dwie strony więc ogólnie wyszło tanio! Pozostało mi tylko namówić Martę, kupić bilety i zaklepać wyjazd! Marty długo namawiać nie trzeba, o ile cena biletu jest przyziemna więc pracując nad nią jakieś 2 dni kupiłam bilety dla mnie i dla niej! Moja radość nie trwała jednak za długo...znów z nudów czytałam jakieś fora internetowe na temat Iranu...aż natknęłam się na informację o magicznych pieczątkach w paszporcie! Z pieczątką z Izraela nie ma szans na wjazd do Iranu! No i zaczęła się panika, bo oczywiście w Izraelu byłam i jakiś ślad w paszporcie mam! Pół nieprzespanej nocy, potem w pracy poszukiwania co tu zrobić żeby jednak polecieć. Z wizami do Iranu też nie jest za łatwo...jest ich kilka rodzajów, wizę turystyczną na 30 dni trzeba załatwiać przez pośrednika, który najpierw pobiera od nas opłatę, potem wysyła wniosek do Iranu żeby przyznali nam specjalny "klucz" otwierający nam drogę do zdobycia wizy, następnie z "kluczem" tym udajemy się do ambasady, cały koszt procesu to ok. 600zł, co nam nie do końca pasowało, ale postanowiłam, że skoro mam tą pieczątkę, to jestem w stanie się poświęcić i wybulić te 600zł w zamian za pewność, że będę mogla tam wjechać...zadzwoniłam więc do Ambasady Iranu upewnić się, czy aby na pewno cały proces tak wygląda i jak to będzie w moim przypadku skoro mam taką piecząteczkę w paszporcie. Pani tylko powzdychała w słuchawkę i powiedziała, że chyba będzie lepiej jakbym sobie wymieniła paszport...więc niewiele myśląc zadzwoniłam w odpowiednie miejsce z pytaniem jaki jest koszt wymiany paszportu...400zł + zdjęcia...czyli troszkę taniej, ale i tak do tego trzeba doliczyć kasę na wizę, wiec ogólnie wychodzi jakaś masakra! Lekko się wtedy podłamałam i stwierdziłam, że skoro tak, to ja muszę się tej pieczątki jakoś pozbyć! Kolega z pracy doradzał zamazanie jej inną pieczątką...internet radził zmywanie najrozmaitszymi preparatami...a ja w przypływie determinacji na pozbycie się jej stwierdziłam, że w cholerę wyrwę tą kartkę jak nic się nie da zrobić i już! Po drodze natknęłam się na informację, że jest możliwość załatwienia wizy 14 dniowej na lotnisku. Wystawiają ją od ręki i kosztuje coś w granicach 60-80 dolców. To brzmiało już ok...zaczęłam więc się zastanawiać czy jest sens niszczenia paszportu???...może lepiej zaryzykować i jechać w ciemno na lotnisko, a tam pogranicznicy w ferworze stemplowania paszportów może z pośpiechu nie zauważą tej nieszczęsnej pieczątki! Pomysł ten mi jednak zaczął odradzać kolejny znajomy z pracy...a ja w sumie byłam nastawiona na ryzyko mając za przykład paszport Marty w Kenii, który był ważny tylko 3 miesiące...w każdym razie w ciężkim nastroju wróciłam z pracy do domu i dalej przeczesywałam internet...w całym tym zamieszaniu zamiast wpisać "blog o Iranie" wpisałam "blog o Izraelu" i to uratowało moje zdrowie psychiczne, bo od razu go otwierając na pierwszej stronie przeczytałam hasło "flying visa" i dopiero wtedy przypomniałam sobie, ze przecież ja nie mam pieczątki w paszporcie! Brałam ją na oddzielnej kartce właśnie dlatego żeby potem nie mieć problemów z wjazdem do krajów arabskich (wtedy planowałam Emiraty). Stwierdziłam wtedy, że moje napalenie na wyjazd może mnie zabić! Dawno nie czułam takiej ulgi jak po przeczytaniu tego bloga ;) No i Marcie też zrobiło się lżej, ze jednak polecę nie dokładając do wyjazdu więcej niż ona. Na chwilę obecną nasz zapał troszkę ucichł. Czeka gdzieś tam ukryty w mojej głowie :)

Jak to było kiedyś...

Właściwie zapedy do podróżowania wpoili mi rodzice wysyłając dumną 6-latkę na kolonię do Dęblina...najgorsze 2 tygodnie w moim życiu! Ale potem przychodziły kolejne kolonie i kolejne i moja miłość do zapuszczania się dalej od domu coraz bardziej rosła (stąd też tytuł bloga "Far from here"-daleko stąd). Zawsze lubiłam wyjeżdżać, pakować się, szykować wszystko co potrzebne itd...z wyjazdów nie chciało mi się wracać i potem przez jakiś czas ciężko mi było odnaleźć się z powrotem w domu. Oczywiście zaczęło się od wyjazdów w Polskę. Pierwszy wyjazd zagraniczny dalej niż na Słowację czy do Czech odbyłam z Owcą po maturze do Turcji. To była niezapomniana przygoda. Dwie małolaty, najbardziej imprezowe miasto w Turcji, słońce, kluby, plaża. Żyć nie umierać!

No i tak się jakoś zadziało, że od tamtego czasu siedzę i kombinuję gdzie by się ruszyć i jak tam trafić :)

Ekipa wyjazdowa się zmieniała, najpierw to oczywiście "ekipa kolonijna" (kto był ten wie;)),

potem utworzyła się "ekipa przyjacielska" i wyjazdy na własną rękę, raz w góry, raz nad morze...byle dalej.
 Ekipa niestety się rozpadła i przyszło mi szukać kogoś, kto tak jak ja szybko się zapala i nastawia na wyjazd i potem z niego nie rezygnuje ale idzie dalej wybraną drogą prowadzącą do realizacji podróży w nieznane (albo znane, to zależy od sytuacji). Oczywiście najciekawsze rzeczy wydarzają się przypadkiem, a jak wiadomo przypadki chodzą po ludziach, a szczególnie po mnie...więc też na wieczorze panieńskim Anety, po wypiciu wina produkcji wujka Krzyśka, zgadałam się z Martą (moja siostrą cioteczną) na temat postawy życiowej, planów na przyszłość i przy okazji urody męskiej (czarnoskórych)...i tak jakoś wyszło, ze po wieczorze postanowiłyśmy się spotkać i pogadać o tym więcej. Nie trzeba było długo czekać na spotkanie, bo ja jak już się na coś zapalę, to nie odpuszczam tak łatwo więc spotkałyśmy się jak tylko szybko się dało u Marty na wino...z tego wina wyszła podróż do Maroko...nasz pierwsza wspólna.
-Wiesz co, bo ja lecę do Maroko we wrześniu, chcesz lecieć?
-A są jeszcze bilety?
-Są...
-No dobra, to kupuje i lecę.
W skrócie było tak. Kupiłam i poleciałam.
I od tamtej pory mam przy sobie niezastąpioną towarzyszkę podróży, na którą mogę liczyć czy to na arabskich targowiskach, czy w żydowskie święto - szabas, czy też na spalonym kenijskim słońcem safari!

Na dobry początek.

Już od dłuższego czasu zastanawiałam się z Martą Z nad założeniem bloga. Zawsze były jakieś "przeszkody", bo a to nie ma czasu na przemyślenie jak ma wyglądać, a to jest milion innych ważniejszych rzeczy do zrobienia, a to szykuje się kolejny wyjazd i trzeba ogarnąć siebie i wszystko dookoła...w końcu nadszedł ten czas, w którym jest chwila oddechu...Marta siedzi w Chorwacji a ja w domu i w pracy i w domu i w pracy...jednym słowem idealny moment na założenie bloga. Co z niego wyniknie jeszcze nie wiem. Mam nadzieję jednak, że coś fajnego :) Na razie jest tylko mój, co zrobi z nim Marta...okaże się jak wróci. Mogę się z nią nim podzielić...może będzie ciekawiej...who knows?!
W związku z tym, że to pierwszy post zamieszczam odpowiednie zdjęcie :) 
Lans wyjazdowy już od młodych lat!