Właściwie zapedy do podróżowania wpoili mi rodzice wysyłając dumną 6-latkę na kolonię do Dęblina...najgorsze 2 tygodnie w moim życiu! Ale potem przychodziły kolejne kolonie i kolejne i moja miłość do zapuszczania się dalej od domu coraz bardziej rosła (stąd też tytuł bloga "Far from here"-daleko stąd). Zawsze lubiłam wyjeżdżać, pakować się, szykować wszystko co potrzebne itd...z wyjazdów nie chciało mi się wracać i potem przez jakiś czas ciężko mi było odnaleźć się z powrotem w domu. Oczywiście zaczęło się od wyjazdów w Polskę. Pierwszy wyjazd zagraniczny dalej niż na Słowację czy do Czech odbyłam z Owcą po maturze do Turcji. To była niezapomniana przygoda. Dwie małolaty, najbardziej imprezowe miasto w Turcji, słońce, kluby, plaża. Żyć nie umierać!
No i tak się jakoś zadziało, że od tamtego czasu siedzę i kombinuję gdzie by się ruszyć i jak tam trafić :)
Ekipa wyjazdowa się zmieniała, najpierw to oczywiście "ekipa kolonijna" (kto był ten wie;)),
potem utworzyła się "ekipa przyjacielska" i wyjazdy na własną rękę, raz w góry, raz nad morze...byle dalej.
Ekipa niestety się rozpadła i przyszło mi szukać kogoś, kto tak jak ja szybko się zapala i nastawia na wyjazd i potem z niego nie rezygnuje ale idzie dalej wybraną drogą prowadzącą do realizacji podróży w nieznane (albo znane, to zależy od sytuacji). Oczywiście najciekawsze rzeczy wydarzają się przypadkiem, a jak wiadomo przypadki chodzą po ludziach, a szczególnie po mnie...więc też na wieczorze panieńskim Anety, po wypiciu wina produkcji wujka Krzyśka, zgadałam się z Martą (moja siostrą cioteczną) na temat postawy życiowej, planów na przyszłość i przy okazji urody męskiej (czarnoskórych)...i tak jakoś wyszło, ze po wieczorze postanowiłyśmy się spotkać i pogadać o tym więcej. Nie trzeba było długo czekać na spotkanie, bo ja jak już się na coś zapalę, to nie odpuszczam tak łatwo więc spotkałyśmy się jak tylko szybko się dało u Marty na wino...z tego wina wyszła podróż do Maroko...nasz pierwsza wspólna.
-Wiesz co, bo ja lecę do Maroko we wrześniu, chcesz lecieć?
-A są jeszcze bilety?
-Są...
-No dobra, to kupuje i lecę.
W skrócie było tak. Kupiłam i poleciałam.
I od tamtej pory mam przy sobie niezastąpioną towarzyszkę podróży, na którą mogę liczyć czy to na arabskich targowiskach, czy w żydowskie święto - szabas, czy też na spalonym kenijskim słońcem safari!