piątek, 21 czerwca 2013

Plany na przyszłość...i paszportowe problemy.

Na listopad planujemy Iran. To też ciekawa historia już od samego początku. Najpierw powstał pomysł Bałkanów, ale nie do końca byłam do niego przekonana...potem powstała znów Kenia, bo i mi i Marcie bardzo się tam spodobało...no i w końcu pewnego dnia czekając na pociąg po pracy zadzwoniłam do Marty ustalić co i jak...no i mimochodem wspomniałam o Iranie, zupełnie nie mając świadomości, że Marta chciałaby tam pojechać! No i tak się zaczęło...szukanie, przeczesywanie całego internetu, miliona forów itd żeby znaleźć rozwiązanie najtańszej możliwości dotarcia do Iranu. Pomysłów było sporo...zaczęło się od lotów z Warszawy do Teheranu, ale niestety koszty były za wysokie. Znalazłam więc lot czarterowy do Turcji i stamtąd 40 godzin autokarem...bardziej kuszące cenowo, ale masakra jeśli chodzi o czas podróży więc pomysł szybko upadł. Po drodze jeszcze pojawiał się "stop"...ale tylko przez chwilkę, aż przypadkiem siedząc przy komputerze trafiłam na pewnego bloga...znalazłam tam info o połączeniach z Teheranem przez Berlin! Więc pierwsze co zrobiłam, to sprawdziłam ceny i były rzeczywiście świetne i w terminie, który nam idealnie pasował! Bilet w 2 strony z Berlina do Teheranu kosztował 220 euro (Pegasus Airlines), dojazd Polskim Busem do Berlina, to koszt ok. 120zl w dwie strony więc ogólnie wyszło tanio! Pozostało mi tylko namówić Martę, kupić bilety i zaklepać wyjazd! Marty długo namawiać nie trzeba, o ile cena biletu jest przyziemna więc pracując nad nią jakieś 2 dni kupiłam bilety dla mnie i dla niej! Moja radość nie trwała jednak za długo...znów z nudów czytałam jakieś fora internetowe na temat Iranu...aż natknęłam się na informację o magicznych pieczątkach w paszporcie! Z pieczątką z Izraela nie ma szans na wjazd do Iranu! No i zaczęła się panika, bo oczywiście w Izraelu byłam i jakiś ślad w paszporcie mam! Pół nieprzespanej nocy, potem w pracy poszukiwania co tu zrobić żeby jednak polecieć. Z wizami do Iranu też nie jest za łatwo...jest ich kilka rodzajów, wizę turystyczną na 30 dni trzeba załatwiać przez pośrednika, który najpierw pobiera od nas opłatę, potem wysyła wniosek do Iranu żeby przyznali nam specjalny "klucz" otwierający nam drogę do zdobycia wizy, następnie z "kluczem" tym udajemy się do ambasady, cały koszt procesu to ok. 600zł, co nam nie do końca pasowało, ale postanowiłam, że skoro mam tą pieczątkę, to jestem w stanie się poświęcić i wybulić te 600zł w zamian za pewność, że będę mogla tam wjechać...zadzwoniłam więc do Ambasady Iranu upewnić się, czy aby na pewno cały proces tak wygląda i jak to będzie w moim przypadku skoro mam taką piecząteczkę w paszporcie. Pani tylko powzdychała w słuchawkę i powiedziała, że chyba będzie lepiej jakbym sobie wymieniła paszport...więc niewiele myśląc zadzwoniłam w odpowiednie miejsce z pytaniem jaki jest koszt wymiany paszportu...400zł + zdjęcia...czyli troszkę taniej, ale i tak do tego trzeba doliczyć kasę na wizę, wiec ogólnie wychodzi jakaś masakra! Lekko się wtedy podłamałam i stwierdziłam, że skoro tak, to ja muszę się tej pieczątki jakoś pozbyć! Kolega z pracy doradzał zamazanie jej inną pieczątką...internet radził zmywanie najrozmaitszymi preparatami...a ja w przypływie determinacji na pozbycie się jej stwierdziłam, że w cholerę wyrwę tą kartkę jak nic się nie da zrobić i już! Po drodze natknęłam się na informację, że jest możliwość załatwienia wizy 14 dniowej na lotnisku. Wystawiają ją od ręki i kosztuje coś w granicach 60-80 dolców. To brzmiało już ok...zaczęłam więc się zastanawiać czy jest sens niszczenia paszportu???...może lepiej zaryzykować i jechać w ciemno na lotnisko, a tam pogranicznicy w ferworze stemplowania paszportów może z pośpiechu nie zauważą tej nieszczęsnej pieczątki! Pomysł ten mi jednak zaczął odradzać kolejny znajomy z pracy...a ja w sumie byłam nastawiona na ryzyko mając za przykład paszport Marty w Kenii, który był ważny tylko 3 miesiące...w każdym razie w ciężkim nastroju wróciłam z pracy do domu i dalej przeczesywałam internet...w całym tym zamieszaniu zamiast wpisać "blog o Iranie" wpisałam "blog o Izraelu" i to uratowało moje zdrowie psychiczne, bo od razu go otwierając na pierwszej stronie przeczytałam hasło "flying visa" i dopiero wtedy przypomniałam sobie, ze przecież ja nie mam pieczątki w paszporcie! Brałam ją na oddzielnej kartce właśnie dlatego żeby potem nie mieć problemów z wjazdem do krajów arabskich (wtedy planowałam Emiraty). Stwierdziłam wtedy, że moje napalenie na wyjazd może mnie zabić! Dawno nie czułam takiej ulgi jak po przeczytaniu tego bloga ;) No i Marcie też zrobiło się lżej, ze jednak polecę nie dokładając do wyjazdu więcej niż ona. Na chwilę obecną nasz zapał troszkę ucichł. Czeka gdzieś tam ukryty w mojej głowie :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz