"Plan mieliśmy luźny– zostawić gdzieś samochod, spakować graty na nocleg i zagłębić się w pustynię. Zanim znaleźliśmy jakiś parking, parking znalazł nas, a przybrał postać gościa w czarnym turbanie, ktory dowiedziawszy się, że jesteśmy z Polski wyrecytował jednym tchem: SPOKO MAROKO, AFRYKA DZIKA, DOBRA DOBRA ZUPA Z BOBRA. Był to niejaki Mustafa – od tej pory nasz ulubieniec, ktory przechrzcił nas na Fatimę i Aiszę, używając tych imion na przemian i ktory do tej pory probuje pojąć Emilę za żonę przez facebooka, tyle, że znow jako żonę numer dwa, bo jedną już ma. Zaoferował nam on postoj na campingu u swojego szwagra za drobną opłatą, ktorą ostro negocjowaliśmy, bo w zasadzie nam specjalnie nie zależało. Uznał nasz pomysł samodzielnego noclegu na pustyni za poroniony nie dlatego, że był niebezpieczny, tylko dlatego, że nie dawał mu opcji zorganizowania nam wycieczki na wielbłądach za 150 dirhamow. Przekonywał nas długo zaprosiwszy na herbatę. Rozmawiało się z nim superfajnie – gość mowił w trzech językach obcych, a najlepiej po hiszpańsku. Naopowiadał nam rożnych historii, w tym o Japończykach, ktorzy zawsze przyjeżdżają na pustynię w porze zimowej i chodzą w gumowcach, ktore okropnie trzeszczą. Stąd, jeśli słychać trzeszczące kroki na pustyni, wiadomo od razu, że to idą Japończycy w gumowcach. Podejrzewam, że chciał nas przetrzymać na herbacie, tak, abyśmy skorzystali z oferty noclegowej campingu, a jutro skorzystali z wycieczki na wielbłądach. My jednak zdeterminowani byliśmy zwiedzić pustynię za darmo. W końcu Pan Bog stworzył ją dla wszystkich, gdy nie istniał jeszcze Mustafa, ani jego praprapradziadek. Wyobrażałam sobie, że będziemy wiele godzin brnąć w piasku przed siebie idąc na azymut i nucąc, że nie ma, nie ma wody na pustyni, ale byłam w mniejszości, bo reszta wolała wyruszyć wieczorem, gdy zelżeje palące słońce. Tu akurat mieli rację. Długotrwały przemarsz z plecakami, osuwając się przy każdym kroku w piasku potrafi człowieka wycieńczyć. Wszędzie piach, tylko piach. Popadliśmy w euforię. (...) Po zmroku rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy ogromną puchę tuńczyka, zakupioną przez Jusefa w Madrycie, uszczelniliśmy buty przed skorpionami i poszliśmy spać, choć długo nie pospaliśmy, bo zaczynała się właśnie burza piaskowa... Obudził nas wyjący wiatr probujący poderwać w gorę nowy namiot Jusefa razem z zawartością. Jusef wyszedł do przedsionka wspomoc tamtejsze pałąki, my zostałyśmy w sypialni. I tak spędziliśmy następne połtorej godziny, ratując namiot by nie odleciał w strzępach. My z Emilą podpierałyśmy go od środkaj plecami, a Jusef trzymał przedsionek. Podmuchy wiatru wyły złowrogo, namiot opierał się destrukcji jak mogł furgocąc i wyginając się na wietrze, piasek wsypywał się do środka gornym wywietrznikiem, Emila panikowała i wieszczyła, że nas zasypie piach z przesuwającej się wydmy (ktora może dziś właśnie zdecyduje się wyruszyć nieco na zachod), a Jusef nie dawał głosu i myślałyśmy,że nie żyje. Ja, wiedząc, że jesteśmy powierzeni w opiekuńcze ręce Władcy Wszystkich Wichrow czekałam cierpliwie na zakończenie armagedonu. Po godzinie podpierania namiotu, gdy wiatr nie osłabł nawet odrobinę, jechałam już na oparach cierpliwości. Nie ma co czarować - było złowrogo i nie wiedzieliśmy jak to się skończy. Koniec końcow ustało. Sprawdziliśmy zniszczenia i oprocz zasypanych totalnie plecakow nic poważnego nie znaleźliśmy. Obsypaliśmy z Jusefem doł namiotu piaskiem na wypadek, gdyby burza zrobiła mały come back i poszliśmy spać. Nie pospaliśmy długo, bo zaczęło padać.
Poczuliśmy się jak Jaś Fasola, ktoremu przydarzają się w ciągu godziny wszystkie katastrofy, ktore innym przydarzają się raz w życiu, albo i to nie. Bo jak często zdarza się deszcz na Saharze? Nie była to wprawdzie ulewa, ktora mogłaby zalać namiot, bo woda zaraz wsiąkała w piasek, ale krople deszczu waliły w tropik i powodowały taki tumult, że bez zaaplikowania stoperow w życiu bym nie zasnęła. Oprocz tego piasek zgrzytał w zębach, było ciasno i okropnie duszno. Wykończyło mnie to ok 4 rano i wyprowadziłam się z materacem przed namiot. Niestety „tysiąca niemych gwiazd, ktore by demaskowały naszą znikomość” nie było widać
– widocznie zasłoniły je chmury. Thomas Laurence miał więcej szczęścia, inna rzecz, że dłużej siedział na pustyni. Nie mogłam zasnąć więc postanowiłam pojść na wycieczkę w gory, wytrzepawszy najpierw buty ze skorpionow, zaopatrzywszy się w czołowkę, ktorą, aby znaleźć musiałam znow obudzić biednych towarzyszy, wymęczonych nieszczęściami tej nocy, ktorzy nie mają dobrego zwyczaju zabierania ze sobą stoperow. Poszłam i już na szczycie najbliższej wydmy spotkałam się z granicą dnia i nocy, w związku z czym czołowkastała się zbędna. Wraz ze świtem, powoli wyłaniały się zarysy kształtow pustyni. (...) Słońce wschodziło nad Saharą i miałam poczucie bycia jedynym obserwatorem tego spektaklu nie licząc przechodzącej dołem karawany wielbłądow. (...) Potem kontynuowałam wycieczkę po otaczających diunach łącznie ze zdobyciem najwyższej w okolicy. Wracając do obozu wyminęłam się z Jusefem, ktory też postanowił zaliczyć najwyższy szczyt. Emila, jak to Emila spała.Owszem,mogłoby ją otrzeźwić pojawienie się przystojnego tubylca, a przynajmniej Mustafy, ale do najbliższej zbiorowości ludzkiej była godzina marszu po piachu. (...) Było pochmurno, a podeszczowa pustynia wyglądała inaczej niż wczoraj. Jakoś bardziej dostojnie, a może po prostu dziecięca euforia nam przeszła i obserwowaliśmy ja z większym spokojem. Widzieliśmy pasące się wielbłądy i dzieciaka jeżdżącego po diunach na gorskim rowerze.
Mustafa przywitał nas z zakłopotanym uśmiechem rozkładając ręce, że to nie jego wina, że Sahara była akurat tej nocy taka nietypowa. Zaraz też zaprosił nas na herbatę i przeszedł do roztaczania urokow oazy, do ktorej nas może zabrać na wielbłądach. Nie wiem czemu sprawiałam wrażenie nieugiętego negocjatora skoro w głębi duszy się łamałam i chętnie bym zmieniła plan i poświęciła pobyt nad oceanem na rzecz tych wielbłądow, pod warunkiem, że Mustafa pozwoliłby nam pokłusować (stępem jeździłam już w Tunezji i doszłam do wniosku, że jest to bardzo nudne). Jusef
tymczasem rozpoczął negocjacje mające na celu osiągnięcie zysku ze sprzedaży Emilii na żonę Mustafy (za skandalicznie niską cenę dwoch wielbłądow). Okazało się, ze Mustafa byłby skłonny zapłacić znacznie więcej – dałby wszystkie wielbłądy na Saharze, czego Jusef nie mający najwidoczniej żyłki do wielkiego biznesu nie chciał przyjąć, bo uwierała mu myśl, co on zrobi z tyloma wielbłądami. Emila ma się rozumieć, nie zamierzała dać się sprzedać, a tym mniej zostać drugą żoną, bo jeszcze pierwsza to i owszem wczoraj jeszcze był została, ale dziś, po tym jak Mustafa nie uratował jej z burzy piaskowej, już nie. Nie chciało nam się rozstawać z Mustafą tak przezabawnie się z nim gawędziło, ale coż było robić."
Takie mieliśmy zatem spotkanie z Mostaphą :)
Jego profil na fb:
Jakbyście wybierali się na pustynię w Maroko, na pewno serdecznie Was powita i zaproponuje swoje towarzystwo :)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz